Koncert został okrzyknięty jazzowym wydarzeniem roku jeszcze zanim doszedł do skutku. Shorter, Miller i Cobb na jednej scenie. Trzy koncerty wielkich muzyków jednego wieczoru. Wszyscy trzej mieli zaszczyt nagrywać z mistrzem. Wszyscy nagrywali z nim w różnych okresach jego twórczości. Zobaczyć ich z zespołami na jednej scenie, jednego wieczoru było czymś zdecydowanie pozamuzycznym, a nawet mistycznym.
Zaczęło się prawie równo, o 19.00. Jako pierwszy na scenę wkroczył zespół Wayne'a Shortera w składzie: Brian Blade- perkusja (grał on również na bębnach, na niedawnym świetnym koncercie Daniela Lanois w Łodzi) John Patitucci – kontrabas oraz Danilo Perez na fortepianie. Wayne współpracował z mistrzem od połowy lat 60, a Miles od samego początku bardzo pochlebnie się o nim wyrażał. Niestety, uważam, że ten występ niechybnie został postawiony na pierwszy miejscu w tym koncertowym tryptyku. Występ jaki dali był niesamowicie klimatyczny i pozwalał odpłynąć w takt muzyki. Na sali warszawskiego Torwaru utworzył się niesamowity klimat. Jednak wczucie się w muzykę wymagało chwili, a przy wciąż wchodzących spóźnialskich było to nieco trudne. Ponadto przy wejściu z ulicy, z całego natłoku spraw codziennych prosto na głębokie wody tak pięknej muzyki, która wymaga wyciszenia. Trudno było się przestawić. Jeżeli chodzi o nagłośnienie, jedynym mankamentem, lecz bardzo uciążliwym było to, iż prawie w ogóle nie słychać było kontrabasu. Jedynie, w momentach wyciszenia, kiedy to fortepian czy saksofon dochodziły do głosu. Występ trwał około godziny i dwudziestu minut. Odniosłem jednak wrażenie że pan Shoter pozostał tego wieczoru w cieniu kolegów. Muzycznie ustępował pola reszcie lecz gdy grał dawał z siebie wszystko. Po występie czułem mały niedosyt, czegoś mi brakowało. Może za krótko, a może zbyt mało intensywnie. Po zejściu ze sceny panowie przywoływani oklaskami wrócili, niestety nie na bis, a kolejny pokłon. Tak zakończyła się pierwsza część koncertu.
Przerwa miała trwać piętnaście minut lecz ze względu na kłopoty techniczne przedłużyła się do prawie pół godziny. Czekanie jednak w pełni się opłaciło. Konferansjer przeprosił za kłopoty i opóźnienia i zapowiedział występ Marcus Miller Band..Na scenę wkroczyli muzycy i bezzwłocznie zaczęli grać. Pierwsze dźwięki, „Tutu” świetna wariacja. Pan Miller jak zwykle nie zawiódł. Zespół z klawiszami, trąbką, saksofonem, perkusją i basem oczywiście płynął przez kolejne kawałki początkowo z płyty „Tutu”, którą wspólnie nagrał wraz z Davisem na początku lat 80-tych, by przejść w mieszankę z całej kariery Davisa. Marcus jak zwykle dużo mówił do publiczności i kilka razy prezentował swoich muzyków, wyraźnie z nich dumny. Swoje pięć minut mieli wszyscy. Świetnie wypadła improwizacja na saksofonie oraz trąbce. Jak zwykle nadworny perkusista Millera (grał z nim chociażby na trasie z projektem Thunder) dał wspaniałe perkusyjne show, które zakończył widowiskowym wyrzuceniem pałeczek. Ta część koncertu, według mojej oceny, powinna być jako pierwsza. Publiczność zdecydowanie rozruszała się i byłą gotowa na więcej. Gdyby Ci panowie wystąpili jako pierwsi, rozruszali by widzów i przygotowali ich na dalsze jazzowe emocje. Byłby to grunt pod dalsze dwie części. Ale nie stało się tak i grali jako drudzy. Po ponad godzinie i kwadransie muzycy w glorii niekończących się oklasków opuścili scenę. Oklaski nie cichły bardzo długo, aż w końcu doczekaliśmy się. Pierwszy i ostatni bis wieczoru. Miller Band wrócili i zagrali świetne, ponad piętnastominutowe dopełnienie swojego widowiska. I znów oklaski i podziękowania za ciepłe przyjęcie.
Druga, już ostatnia tego wieczoru przerwa również się przedłużyła. Tym razem mieliśmy okazję obcować z iście big bandowym jazzem. Jimmy Cobb wraz ze swoim So What Band, w którego skład wchodzą: Wallece Roney, Vincet Herring, Javon Jackson, Larry Willis oraz Buster Williams. Pan Cobb to lata 50 twórczości Miles'a, (brał on udział między innymi w sesji nagraniowej do legendarnego „Kind of Blue”). Dostaliśmy ponadgodzinny świetny występ. Muzycy w już dojrzałym wieku zachowywali się na scenie z takim spokojem i radością gry jakby każdy z nich urodził się już na scenie. Po koncercie Millera, ta część była miłym wyciszeniem i solidnym zakończeniem wieczoru. Tym razem niestety muzycy nie uraczyli nas bisem, ale trudno się dziwić,gdyż pora była już późna a ,całe widowisko trwało już ponad pięć godzin.
Podsumowując, chylę czoła organizatorom koncertu, gdyż wydarzenie było iście królewskie, a cena na koncert była w miarę ludzka (150 złotych za trzy koncerty, to jest 50 złotych od jednego występu, to niedużo jak na światową czołówkę jazzu). Ponadto, muszę pochwalić ochronę i ogólną organizacje, gdyż wszystko szło bardzo szybko i sprawnie. Co tu dużo mówić 4 listopada w Warszawie odbył się jazzowy koncert roku, a to wszystko ku czci największego jazzowego giganta Miles'a Davisa. Myślę że muzycy godnie uczcili mistrza. Kapelusze z głów, ta muzyka powala nawet w wykonaniu innych muzyków. Ponadczasowość. Panie Davis, padam do stóp.