środa, 4 listopada 2009

Michał Urbaniak - Warszawa(Sala Kongresowa) - 25.10.09



Magia, to jedyne słowo, jakie znajduję na opisanie tego koncertu. Jest ono jednak zbyt ‘małe’, by przedstawić to, co działo się w niedzielny wieczór w Sali Kongresowej. Kto na koncert nie dotarł niech żałuje, bo naprawdę jest czego.

Koncert zaczął się z małym, bo półgodzinnym opóźnieniem. Na początek konferansjer łamaną polszczyzną przeczytał długą listę podziękowań. Gdy wreszcie skończył popłynęły pierwsze dźwięki. Dźwięki rozpoznawalne dla każdego, kto chodź trochę zna twórczość Milesa Davisa. Kontrabass i pianino z „So What”, pierwszej piosenki z Kind Of Blue. Wreszcie na scenę weszli muzycy. Szóstka magików, którzy zaczarowali całą sale na ponad dwie i pół godziny. Zaczęli od swojej prezentacji. Każdy z muzyków: klawisze, trąbka, skrzypce, gitara elektryczna bas i perkusja zagrali świetne solówki, a za ich plecami na telebimie pojawiały się ich nazwiska. Jakby muzycy chcielibyśmy zaznajomili się z nimi przed rozpoczęciem. Kolejnym utworem, w który przeszli niemal mimochodem było „Tutu”. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie widziałem żeby muzycy grali z taką lekkością, naturalnością i humorem. Muzyka płynęła wprowadzając w niewerbalny trans. Serca rosły, gdy słyszeliśmy te niesamowite solówki na skrzypcach elektrycznych, które serwował nam mistrz ceremonii Michał Urbaniak. Uśmiech nieustannie gościł na twarzach zarówno muzyków jak i publiczności. Kolejnym utworem było: „Cats” w aranżacji naszego rodzimego giganta jazzu, pana Krzysztofa Komedy. Po tym utworze zaparło mi dech w piersiach. Wreszcie przemówił pan Urbaniak. Wspomniał o magii, jaka mimowolnie powstaje, gdy gra się muzykę Milesa. Kolejne utworu zadedykował właśnie jemu. „I just love You” i „Miles of Blue” . Nogi same chodziły, a ręce co i rusz składały się do oklasków. Po kolejnym utworze nadszedł czas na niespodziankę. Na scenę wkroczyła młoda Mika. Kolejne objawienie wieczoru. Jej głos oplatał wyobraźnie i nie pozwalał skupić się na czymkolwiek innym. Był niczym powiew ciepłego wiatru w chłodny dzień. Ta barwa i siła były nie do podrobienia. Kolejną niespodzianką był Adam Ostrowski, szerzej znany jako O.S.T.R. Na początek muzyk złapał za skrzypce i zagrał świetną solówkę, później jednak pokazał to, z czego jest powszechnie znany, freestyle. Adam nawijał świetne teksty i po raz kolejny udowodnił, że w wymyślaniu słów na prędce jest niekwestionowanym mistrzem. Można było dojrzeć ludzi w różnym wieku. Lecz jak to bywa na koncercie jazzowym dużo było tu ludzi dojrzałych wiekowo. Nie przeszkodziło to jednak Ostremu we wspaniałej zabawie z publicznością. Było wkręcanie żaróweczek, okrzyki i oklaski.

Zbliżając się ku końcowi muzycy zagrali „Funkin for Jamaica” z repertuaru grającego tego wieczoru na trąbce Toma Browne'a. Piosenka doszła swojego czasu do pierwszego miejsca list przebojów, i nic dziwnego. Było to wspaniały energetyczny funk połączony z jazzem. Po niemal dwóch godzinach muzycy w chwale zeszli ze sceny, by za moment powrócić na wspaniały bis, w którym hip-hop przeplatał się w doskonałych proporcjach z jazzem i funkiem.

Gdy nadszedł bis wszyscy wstali z miejsc, a część publiczności powędrowała w miarę możliwości pod scenę, by jeszcze pełniej przeżywać to, co się na niej dzieje. Energia, jaką udało się wytworzyć muzyką tego wieczoru była absolutnie niepowtarzalna. Po koncercie ludzie przyklaskując sobie i uśmiechając się wychodzili z sali kongresowej szczęśliwi i pewni, że na długo zapamiętają rozpoczęcie 51 już festiwalu Jazz Jamboree.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz