wtorek, 22 grudnia 2009

Guns N' Roses - Chinese Democracy(2008)


Możecie odnieść wrażenie że na recenzje tej płyty jest już za późno, że wszystko już zostało powiedziane. Po części tak jest, ale jak tu się nie zgubić skoro połowa wychwala nową płytę Axl'a Rose'a pod nieboskłon, a druga miesza go z błotem. Niesmak we mnie budzi fakt iż wokalista posunął się do dosyć ryzykownego kroku wydania krążka pod nazwą Guns N' Roses. Nie ma co ukrywać, grupa do legend rocka przeszła niewątpliwie. Lecz wtedy był to pełen skład, a dzisiaj równie dobrze mianem G n'R możemy nazwać grupę Velvet Revolver, i wywoła to mniejsze oburzenie niż „Chinese Democracy”.

Teraz gdy emocje opadły możemy już na trzeźwo spróbować ocenić. Czy płyta jest dziełem wiekowym i opus magnum rudowłosego rockmana czy zmarnowanym czasem i pieniędzmi? Argumentów zwolenników Axla i dość pokaźnej grupy muzyków sesyjnych jest zdecydowanie więcej niż tych którzy owych skazują na wieczne potępienie. Po pierwsze wokal pana Rose. Już nie tak bardzo charakterystyczny jak za czasów „ Appetite for Destruction”, lecz nadal świeży i gotowy do wyciągania najwyższych dźwięków. I choć momentami brzmi tu jak Ozzy Osborne na swojej ostatniej solowej płycie to są przebłyski dawnego fenomenu. Kolejna sprawa to ciekawe i rozbudowane aranżacje. Słychać tu, iż utwory długo były szlifowane a ostateczny kształt przyszedł dopiero po wielu poprawkach. Oprócz ciężkich bębnów i dobrych gitarowych solówek usłyszymy również dźwięki pianina, sekcję dętą i chór. A to wszystko suto zakrapiane soczystą elektroniką. Kolejnym plusem jest zróżnicowanie emocjonalne. Obok iście rockowych gitarowych tyrad, spokojne i przyjemne dla ucha ballady. Widać że album jest od początku do końca przemyślany w najmniejszych szczegółach. I nie ma się co dziwić. W końcu powstawał 15 długich lat.

Przyszedł czas na głos sceptyków. Jednym z głównych argumentów jest przekombinowanie i przeładowanie płyty. Muzyka rockowa powinna swoją prostotą wyzwalać spontaniczną dziką energie. Tutaj, mimo że trochę tej energii znajdziemy, to jest to o wiele za mało. Według mnie płyta powinna być krótsza i prostsza. Mnogość pomysłów na minutę czasami aż boli w ucho. To tak jakby w jednym utworze zamknąć pomysły na których spokojnie zrobili byśmy 3 oddzielne kawałki. Ponadto fani nastawieni na NIE są w stanie obalić każdy, nieważne jak dobrze merytorycznie uzasadniony argument, jednym zdaniem: „To już nie to samo”.

Podsumowanie jest jedno. Nie ma tu tragedii ale do zachwytu również daleko. Gdyby płyta była by sygnowana jedynie jako Axel Rose, pewnie zebrała by lepsze recenzje, bo materiał nie jest zły. Widząc nazwę Guns N' Roses. Która jakby nie było, zobowiązuje. Nie unikniemy porównań ze wcześniejszymi dokonaniami sygnowanymi tą nazwą. A tu nie ma co porównywać bo to jak niebo do ziemi. Tylko obiektywnie wsłuchać się w muzykę i dać jej szanse, bo nie taki Axel zły jak go malują.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz