Salif Keita miał w życiu pod górę od samego początku. Jego wielodzietna rodzina i wrodzony albinizm dawały mu kiepskie proroctwo na przyszłość. Ponadto choroba dyskryminowała go w jego własnej ojczyźnie. Mimo tego w jego muzyce nie usłyszymy utyskiwań na zły los, a piosenki nie oscylują w klimatach smutku i zadumy. Jest wręcz przeciwnie. Wesołe rytmy, chórki, mnogość instrumentów. Udało mu się wybić, i obecnie stał się ambasadorem Republiki Mali na świecie.
Polscy słuchacze mieli okazje poznać tego niesamowitego muzyka głównie dzięki obecności na pierwszej części Siesty, Marcina Kydryńskiego. Głównym czynnikiem spajającym jest charakterystyczny wokal artysty. Z wielką pasją wyśpiewuje on testy w których jego ojczysty język miesza się z francuskim. Czasami jest to czysty śpiew, innym razem gardłowe krzyki. Na albumie przeplatają się spokojne przygrywki z żywiołowymi zrywami. Oprócz typowych dla afrykańskiej muzyki wesołych bębnów usłyszymy tu spokojne rytmy trąbki, jazzujące gitary, wesołe reggae klawisze oraz dużo żeńskich chórków. Ten rodzaj muzyki możemy nazwać afro-popem, ze względu na lekki charakter muzyki i popularność jaką zyskuje na świecie. Płytę polecam szczególnie zimą. Oprócz powiewu gorącego afrykańskiego powietrza jaki wnosi ze sobą to również pozytywnie nastraja, w ponure dni.
Okładka, mimo że prosta, jest małym dziełem sztuki. Widzimy tu młodą osobą, chorą na albinizm. Tło jest całe brązowe, co daje niesamowity kontrast między kolorem skóry jaki jest a jaki być powinien. Cała poligrafia utrzymana w podobnym klimacie, a w środku objaśnienia piosenek w języku angielskim i francuskim. Wydawnictwo dla osób lubiących afrykańskie rytmy oraz dużo pozytywnej energii rodem z czarnego lądu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz