Trzeba przyznać, że napięcie budowali długo i w mistrzowskim stylu. Już w 2005 roku pojawiły się pierwsze doniesienia, jakoby Dave Grohl, Josh Homme i John Paul Jones mieli chytry plan zmajstrowania super grupy i zrobienia porządku na rockowej scenie. Co jakiś czas sami muzycy lub też osoby z otoczenia sukcesywnie dolewały oliwy do ognia. W końcu coś musiało eksplodować.
Można powiedzieć, że ta muzyka to wypadkowa Queens of the Stone Age, Nirvany, Led Zeppelin. Jednak takie twierdzenie byłoby wielce niesprawiedliwe i krzywdzące dla Them Crooked Vultures . Sugerowałoby ono jakąś muzyczną powtarzalność czy artystyczne kopiowanie. Nic podobnego, gdyż wieje tu bardziej wichrem przemian i świeżości niż zatęchłymi powtórkami sprzed lat. Złośliwi mogliby nazwać tę płytę kolejnym wydawnictwem Queens of the Stone Age, ale poza głosem Homma, nie ma co szukać nawiązań do ich muzyki. Patrząc na przeszłość artystów, nie dziwi nas, że na krążku znajdujemy kawał czystego rockowego grania. Trzynaście utworów z mocnym przykopem. Nowe pomysły z uznaniem własnych korzeni i rockowych klasyków. Każdy utwór dopracowany i osobliwy, co sprawia, że płyta może być podawana w całości, ale i równie wyśmienicie smakuje w kawałkach. Mamy tu żywiołowe bębny, pulsujący bas i wreszcie gitarowe wyczyny doprawione wokalem Josha. Czasem aż trudno uwierzyć, że taka muzyka powstaje przy udziale jedynie trzech muzyków. Długo czekaliśmy, lecz było warto. A dla tych, którym wciąż mało, dobre wieści. Nie będzie to jedynie bitwa, a prawdziwa wojna, gdyż grupa już zabiera się za nowy materiał, nie marnując czasu i potencjału. A z czym będą walczyć? Walka z masową wyobraźnia, która od tak dawna karmiona jest pseudorockowymi, nic nieznaczącymi wybroczynami. A po wysłuchaniu płyty już wiem, że wynik tej walki jest z góry przesądzony.
Okładka, minimalistyczna, acz z pomysłem. Widzimy na niej znak rozpoznawczy TCV: stwora z korpusem mężczyzny, a głową ptaka. Tylko tyle i aż tyle. Bo po co więcej, skoro muzyka broni się sama. Rock 'n' roll nie umarł, a co więcej, ma się bardzo dobrze.

Masz słuszność. Myślała, że będzie tu wiało Nirvaną, bądź Foo Fighters (Tylko dla Dave posłuchałam tej płyty) A tu zaskoczenie! Jakbym słyszała rocka z lat 80-90. Tylko w świeższym brzmieniu. głos Josha daje takiej tajemniczości, a bas grozę, której mi brakowało w dzisiejszym 'rocku'.
OdpowiedzUsuń