Grunge. Seattle. Kurt Cobain. Sub Pop. Eddie Vedder. Od początku Cobain krytykował lidera Pearl Jam w każdej możliwej sytuacji. Ale co z tego, że krytykował jak to Vader podźwignął miliony sprzedanych płyt i ogólny bum na ich muzyką, a front man Nirvany nie. Na tę płytę przyszło nam czekać długo. Zbawienne, było tu ponowne zatrudnienie producenta Brendana O'Briena, który produkował między innymi ich nieoceniony debiut jak i płytę, która przewróciła myślenie młodych ludzi o mocnym brzmieniu, mianowicie „Vs”. Na dziewiątej płycie, są wyluzowani, spokojni i cholernie profesjonalni. Na scenę zapraszamy stare nowe Pearl Jam.
Jak przyznał wokalista, a zarazem główny i jedyny songwriter grupy, muzycy powrócili do starego systemu pracy, który niechybnie zmienił się przed laty. Artyści znów usiedli razem i wymyślali nowe rzeczy, a pierwsze pomysły uznawali za najważniejsze. Finałem, powstało tyle materiału, że muzycy już planują wydanie płyty z odrzutami z sesji. „Backspacer” jest powrotem do gry. Wielu fanów twierdziło, że grupa oficjalnie skończyła się na krążku „Pearl Jam”, po części mieli racje. To już nie byłą ta muzyka, ta moc. Na najnowszym wydawnictwie mamy powrót do lat świetności, i nawet głos Veddera tak piękny jak za czasów płyty „Ten”. Muzycznie, to przeplatanka żywiołowości ze spokojem. Są tu potencjalne, szybkie, chwytliwe przeboje jak na przykład pierwszy singiel „The Fixer”, ale mamy i wyciszające zwolnienia. Materiał różnorodny, a spajany szczypta magii, jaką znów od tak długiego czasu, muzycy posypali swoje nagrania. Kupując płytę oprócz zawartej na niej muzyki otrzymujemy jeszcze dodatkową możliwość pobrania z Internetu dwóch z jedenastu dostępnych koncertów, nagranych przez ostatnie trzy lata.
Płytę postanowili wydać w ‘kartoniku’ zamiast powszechnego plastikowego pudełka. Pokazuje to, iż ich działania w gestii ochrony natury nie są żadnymi chwytami marketingowymi, a im po prostu zależy na środowisku. Okładka jest ciekawa i składa się z kilku różnych obrazków. Ponadto litery w kształcie klawiszy na maszynie są osobistym hołdem Eddiego dla maszyny, na której do dzisiaj pisze swoje teksty. Świetny album, ładnie wydany, Pearl Jam znów w formie, teraz tylko pozostało nam modlić się o koncerty w naszym kraju.

konrad love!<3
OdpowiedzUsuńOpener
OdpowiedzUsuń