Ambicja i ego to chyba największe atrybuty jakie posiada Lenny. Nie brakuje mu zapału do gry, ani do tworzenia nowych rzeczy. Ale co powiedzieć, jeśli owe ‘nowe rzeczy’ są niemal takie same, jak rzeczy stare? Trzeba postawić sobie pytanie czy to ma sens. I choć nasza odpowiedź brzmi: nie, to kasa robi swoje. A ludzie kupują płyty, czemu? „Ach, bo on tak przyjemnie gra”.
Według mnie Lenny Kravitz nigdy nie robił wielkich rzeczy. Oczywiście mógłby, gdyż nie można odmówić mu talentu, ale nie robił. Często nagrywał utwory chwytliwe, które zapadały w pamięć i stawały się niemałymi hitami. Lecz ostatnimi czasy zaległ na jednym muzycznym poziomie i wydaje muzykę nijaką. Ni to wielkie dzieło z artyzmem związane, ni to badziewny pop. Coś na pograniczu stylu, na pograniczu smaku i gustów jego wiernych słuchaczy. Mogę powiedzieć, że dość dobrze znam twórczość, jak go na początku nazywano, Mr. Lisa Bonet. Owszem lubię słuchać jego płyt, ale to z prostego powodu, ta muzyka po prostu wpada w ucho. Niestety, od dawna Lenny nie zrobił nic świeżego i powoli zaczyna stawać się parodią samego siebie. Na płytach dalej nagrywa wszystkie instrumenty sam co uważam za zbytni egoizm. Gdyby w jego zespole był jeszcze ktoś więcej, wtedy to co robi mogłoby wejść na wyższy poziom. Po raz ósmy dostajemy odgrzewany kotlet. Niestety.
Okładka. Ważna rzecz przy promocji płyty. Zarówno okładka jak i poligrafia są tu bardzo estetyczne. Jednak mi osobiście ona się nie podoba. To już kolejna próba promocji muzyki za pomocą wizerunku, kolejny akt egoizmu. Ponadto, wszystko tu wydaje się jakieś plastikowe, nienaturalne i nieprawdziwe. I choć po obejrzeniu płyty skusimy się na jej kupno, a później nawet przesłuchamy ją kilka razy, to po chwili namysłu położymy ją na półkę i wrócimy do starych nagrań. W końcu to ta sama muzyka ale jednak hity mają swoją moc przyciągania.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz