wtorek, 15 grudnia 2009

L.U.C. - Warszawa(CDQ) - 11.12.09


Poziom artystyczny każdego wykonawcy powinien być oceniany nie po płytach które wydaje ale po występach na żywo. Zarówno po ich ilości jak i jakości. To co prezentuje nam ten zwariowany nawijacz na swoich płytach jest niczym przy kunszcie i poziomie na jakim gra swoje koncerty. I choć w piątkowy wieczór w klubie CDQ w Warszawie pojawiło się niespodziewanie mało fanów wykonawcy to on ani myślał odpuścić sobie ten występ.
Planowane godzina rozpoczęcia koncertu rozminęła się, i to dosyć pokaźnie, z godziną realnego rozpoczęcia koncertu. Jako support na scenie zobaczyliśmy zwycięzców konkursu „Remixuj Planeta L.U.C.” jaki na swojej stronie ogłosił sam artysta. Pierwszy na scenie pojawił się Ragaboy. Był to krótki ale bardzo dobry i zaskakujący występ. Artysta do świetnie przygotowanych, miksów utworów grał na sitarze i na dilburze. Te indyjskie instrumenty świetnie wkomponowywały się w muzykę, a całość wprowadzała w niezwykły trans. Po jego występie i gromkich brawach na scenę wszedł drugi tego wieczoru support a zarazem drudzy zwycięscy, zespół: Gitbit Papilot. Ten występ wzbudził już mniejsze emocje. Nie dosyć że w całości 6 osobowego składu na scenie pojawiło się tylko dwóch członków to ich występ był monotonny i co tu dużo mówić: nudny.
W końcu doczekaliśmy się i na scenie zainstalowali się artyści tworzący koncertowy skład Planety L.U.C.. Gitara, trąbka, komputer, beatbox i wreszcie showman wieczoru: Łukasz Rostkowski. Zaczęli spokojnie od okolicznościowej piosenki o zimie. W tle świecącej za sceną śnieżynki, artysta ubrany w biały kapelusz i odziany białą płachtą wypowiedział się niepochlebnie o porze roku która coraz szybciej się do nas zbliża. Po tym jakże optymistycznym wstępie rozpoczęła się nasza podróż po bezkresnych muzycznych polach. Dzięki temu że stosunkowo mało ludzi pojawiło się na publiczności koncert uzyskał niesamowity kameralny klimat i ułatwił artystom świetny konak z publicznością. Muszę przyznać że to jak muzycy odnoszą się ze sceny do artystów jest bardzo ważne, tutaj stworzyła się więź nie do powtórzenia. Swobodne rozmowy, żarty i zero skrępowania pozwalały czuć się prawie jak na występie w rodzinnym gronie. Niesamowite konferansjerskie i showmanskie umiejętności dały się poznać w świetnych przemowach i niezliczonych żartach, nie pozwalających uśmiechowi zniknąć z twarzy.
Po około połowie koncertu ze sceny padło pytanie: Chcecie do Witu ? Na co rozentuzjazmowana publiczność odpowiedziała z niecierpliwością : Tak. Wtedy to muzycy na chwilę udali się na backstage i przebrali się w swoje Witu stroje. Trębacz stał się wielkim kurczakiem, gitarzysta: Elvisem, Nemy obsługujący komputer przepowiadaczem przeszłości zamkniętym w automacie, beatboxer opasłym waszmościem w eleganckim a zarazem szykownym stroju, a sam L.U.C bohaterem słonecznego patrolu. Druga część koncertu również obfitowała w abstrakcyjne opowieści i zabawne sytuacje. Zarówno muzycy jak i publiczność już się rozkręcili dzięki czemu energii płynąca ze sceny rosła z minuty na minutę. Warto również wspomnieć o opowieści jaką zaserwował na beatboxer. Traktowała ona o tym jak to Bóg stworzył beatbox i była wprost mistrzowskim pokazem umiejętności na światowym poziomie. Mottem tego wieczoru było zdanie wypowiedziane niejednokrotnie przez gospodarza:”Wspierajmy polskich młodych producentów”. To bardzo ważne że są ludzi którzy wspierają muzykę z miłości do niej a nie dla pieniędzy.
Na koncercie usłyszeliśmy cały materiał z płyty Planeta Luc. Z jednej strony szkoda że pojawiło się tak mało osób z drugiej zaś chwała dla muzyków że dali z siebie 100% a nawet więcej. Wszyscy Ci którzy odstraszeni zimową aurą postanowili odpuścić mają czego żałować bo rzadko zdarza się by między muzykami a publicznością budowała się tak piękna nić porozumienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz