
Nie było wyjścia, koncert musiał rozpocząć się punktualnie, gdyż jego transmisja nadawana była na żywo w polskim radiu. Konferansjer bardzo chwalił zespól, jednocześnie usprawiedliwiając, czemu dopiero teraz grają w programie trzecim. Tak długo, od wydania ostatniej płyty: Ombarrops ! Po krótkim wprowadzeniu, na scenę wkroczył jeden, z naszych lepszych towarów eksportowych: The Car is on Fire.
Pięciu młodych mężczyzn. Perkusja, klawisze, dwie gitary elektryczne i bas. Tego wieczoru kompletnie zaczarowali publiczność, nie tylko swoją muzyką, ale i swoimi pogodnymi osobowościami. W większości usłyszeliśmy piosenki z nowego albumu. Dopiero na koniec oraz na bis dostaliśmy kilka numerów, z obsypanej nagrodami, drugiej płyty: Lake & Flames. Muzyka jaką tego wieczoru zaprezentowała nam grupa była różnorodną przeplatanką nastrojów. Od spokojnych rozmarzonych gitar do soczystego rockowego grania. To wszystko przyprawione świetnie dysponowanymi wokalami i mnóstwem smaczków. Widać było, jak wielką przyjemność sprawia im granie na żywo. Od samego początku wszyscy uśmiechnięci i wyluzowani. Najbardziej ‘rozbijał’ nieschodzący z twarzy głównego wokalisty/basisty szczery uśmiech, z którym wyśpiewywał kolejne numery. Na początku, dźwiękowcy nie popisali się, gdyż wokale były źle nagłośnione i ginęły przy akompaniamencie instrumentów. Na szczęście, szybko naprawiono ten mankament i do końca było już dobrze. Panowie płynęli przez kolejne kawałki wzniecając co i róż burze oklasków. Po około czterech piosenkach nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał dźwięk przesterowanej gitary. Potężna ściana dźwięku zarysowała genialny instrumentalny kolaż gitarowy. Oprócz podstawowych instrumentów słyszeliśmy całe mnóstwo przeszkadzajek, którymi zajmował się ‘człowiek orkiestra’, podstawowo grający na klawiszach. Grał on również na drugim, małym, zestawie perkusyjnym oraz na skrzypach. Ponadto, usłyszeliśmy solówkę na harmonijce, której nie ma na płycie, w wykonaniu drugiego gitarzysty. Zespół był tego wieczoru świetnie dysponowany i łączył improwizacje ze studyjnymi wersjami utworów. Po godzinie zespół w glorii nieustających braw zszedł ze sceny. Lecz nie trzeba było ich długo prosić, by powrócili na bisy. Ze strony konferansjera padło hasło: „Nie jesteśmy już na antenie” – wtedy, dopiero, zaczęło się. Zespół doszedł do wniosku, że nie przywykli do grania dla osób, które tylko statecznie siedzą i zaprosił wszystkich pod scenę, a w końcu również i na nią. Zagrali jeszcze dwa kawałki, a muzycy grali razem z fanami klaszczącymi i tańczącymi na scenie. Widać było, że to ich prawdziwy żywioł, bliskość fanów zdecydowanie im sprzyja.
Po bisie panowie skromnie podziękowali i zeszli ze sceny, a oklaski jeszcze długo po tym wypełniały studio imienia Agnieszki Osieckiej przy ulicy Myśliwieckiej.
Podsumowując. Koncert był żywiołowy, przebojowy i klimatyczny. Nie ma co się dziwić, chłopaki są świetnym towarem eksportowym i robią karierę również za granicą. Świetne koncertowe przedstawienie, oby panowie dalej byli tak otwarci i wyluzowani, a będzie bardzo dobrze.






