Dzień Pierwszy Moja openerowa opowieść zaczyna się pierwszego lipca, od niespodzianki organizacyjnej jaką był brak festiwalowych autobusów w dniu otwarcia pola namiotowego. Alter art, który uznany jest za najlepszego organizatora imprez masowych w Polsce pokpił sprawę i poskąpił kilku autobusów dla najbardziej wytrwałych fanów muzyki. Później również nie obyło się bez wpadek. Drugiego lipca liczba osób z biletami przerosła najśmielsze oczekiwania władz imprezy i Ci polegli wpuszczając ludzi bez uprzedniego wydania im opasek. Ponadto były również, jak co roku problemy z dostawami wody oraz prądu na polu namiotowym. Tym razem organizatorzy jednak tłumaczyli owe przerwy w dostawie problemami ze strony miasta Gdyni. Jednak największym błędem logistycznym tegorocznej imprezy było ustawienie scen ( Tent Stage został ustawiony po przeciwnej, skrajnej stronie względem Main Stage) Ze względu, na pokrywający się line-up fani byli zmuszeni do szaleńczych biegów przez nierówne pole lotniska Kosakowo co prowadziło do licznych kontuzji. Jednak na tym kończy się nie tak długa lista nieudogodnień.
W tym roku swoją muzyczną ucztę rozpocząłem od koncertu Łaki Łan na głównej scenie. Występ był bardzo słabo nagłośniony. Przez prawie całe show bardzo słabo było słychać wokal Paprodziada. Dźwięk zanikał i gubił się w bezwietrznej przestrzeni. Możemy to oczywiście zrzucić na garb pierwszego koncertu i zwyczajowych poprawek akustycznych. Jednak biorąc pod uwagę to, iż dźwięk testowany był już dzień przed rozpoczęciem, taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Mimo tej akustycznej wpadki koncert nie wypadł najgorzej. Duża liczba widzów świadczy o rosnącej popularności tej jednej z ciekawszych grup na polskim rynku fonograficznym. Usłyszeliśmy tu zarówno nowe, szykowane na trzeci album, kompozycje, jak i dobrze znane i uwielbiane numery takie jak „Big Baton” czy „Galeon”. Energia była, niepodważalnie, uważam jednak, że otwarta przestrzeń nie jest żywiołem chłopaków z Łąki Łan, gdyż zdecydowanie lepiej te wesołe owady wypadają na koncertach halowych.
Kolejnym występem jaki dane mi było zobaczyć tego wieczoru był występ Kiev Office na scenie młodych talentów. Tu również zebrało się niespodziewanie wielu słuchaczy. Młoda trójmiejska kapela, która ma na swoim kącie wydawniczym jedynie debiut długogrający pt” Jest taka opcja”, spisała się nad wyraz dobrze. Trójka muzyków, często porównywana z legendarnym Sonic Youth uraczyła nas około godzinnym surowym rockowym graniem o lekkim prgresywnym zabarwieniu. Co ważne u tak młodej kapeli, na scenie panowała luźna i niczym nieskrępowana, rodzinna wręcz atmosfera która zaowocowała świetnym i co ważne wolnym od instrumentalnych potknięć występem.
Co by nie mówić pierwszy dzień Gdyńskiego festiwalu upłynął pod znakiem oczekiwania na Peral Jam. Wcześniej jednak, na Main stage zobaczyliśmy występ pana Bena Harpera z jego Relentless 7 który wzorowo rozgrzał, oczekującą na gwiazdę wieczoru, publiczność. W tym miejscu warto również wspomnieć, że grupa grupa tego charyzmatycznego muzyka jest supportem Eddie'ego i spółki na całej trasie. Panowie dali bardzo dobry koncert dając publiczności okazję do osłuchania się z ich najnowszym materiałem. Po dosyć długim, półtoragodzinnym występie publiczność nie ruszyła się z miejsc, wszysy oczekiwali niekwestionowanego wydarzenia numer jeden: Pearl Jam w Polsce.
Punkt 22 na scenie pojawili się muzycy. Publiczność oszalała. Zaczęli ostro, od mocnego uderzenia, co udzieliło się licznemu audytorium. Wielkie pogo i ciągłe brutalne przepychanki ogarnęły widownie. Sytuacja stała się bardzo napięta. Rządni krwi, oraz lekko podchmieleni widzowie pragnęli jak najszybciej przebić się pod samą scenę. Ci natomiast bardziej spokojni próbowali za wszelką cenę wydostać się z piekła jakie w kilka sekund rozpętało się pod główną sceną. I tu na pomoc przyszedł sam Eddie Vedder. Wokalista pełnym empatii apelem skłonił publikę do odsunięcia się od sceny („Policzę do trzech, a wy się odsuniecie. Tu przy samych barierkach stoi mnóstwo młodych kobiet, nie chcemy żeby stała się im krzywda”) i do zaprzestania „zamieszek” ( „please stop ocean shit this evening”/ „dajmy spokój tym masowym ruchom tego wieczoru”). Od tego momentu, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy zebrani zaprzestali agresywnych ruchów i dali się porwać mocy muzyki w absolutnym spokoju. Jako ciekawostkę warto tu powiedzieć o tym, że dzień wcześniej minęła dziesiąta rocznica śmierci 9 fanów na koncercie Pearl Jam na Festiwalu Roskilde. To po trosze tłumaczy przesadną troskę o bezpieczeństwo. Nie podważa to jednak faktu, że przez to wytworzyła się genialna więź między muzykami a publicznością. Myślę że to właśnie dzięki tej posłuszności dane nam było usłyszeć na Babich Dołach nie tylko utwory z dziewiątego, najnowszego albumu pt. „Backspacer” ,ale również największe przeboje grupy takie jak : „Jeremy”,”Alive” Given to Fly” czy „Even Flow”. Pod względem wykonania utworów oraz kontaktu wokalisty z publicznością nie można mieć żadnych obiekcji. Dzięki wyjątkowo dobrej znajomości tekstów niemalże każdy utwór wyśpiewywany był głośno i wyraźnie przez polską publiczność. Ponadto były momenty w których to tłum zaczął przejmować inicjatywę mrucząc własne melodie. Muzycy szybko wczuli się w klimat i stworzyli swobodne jamowanie w którym słuchacze stali się dodatkowym instrumentem.
Na koniec występu Eddie obowiązkowo cisnął o scenę gitarą oraz podziękował za wyjątkowy wieczór. I choć w relacji dziennikarza Gazety Wyborczej koncert był zaledwie dobry to ja stawiam go na pierwszy miejscu w plebiscycie na najlepszy show Haineken Opener Festival 2010.
Po tym wspaniałych dwóch godzinach, niemal sprintem udałem się na końcówkę koncertu Tricky'ego który w tym samym czasie grał pod namiotem umiejscowionym niewyobrażalnie daleko od sceny głównej. Zdążyłem jedynie na bisy, jednak z relacji tam zebranych wiem, że było czego żałować. Tricky, jeden z prekursorów trip-hopu i jeden z założycieli Massive Attack dał świetny występ podczas którego w stanie upojenia narkotykowego często wychodził do publiczności a nawet stworzył i dyrygował własne pogo. Po wszystkim natomiast zgodził się na spotkanie z fanami. Wyszedł do ludzi, rozdawał autografy oraz robił sobie zdjęcia z głodnymi bezpośredniego kontaktu fanatykami jego muzyki.
Jako zwieńczenie pierwszego dnia pełnego emocji dnia wystąpił kolektyw Groove Armada. Muzycy dobrze już znani openerowej publiczności odegrali świetny taneczny set, na równym poziomie. Przyznam że spodziewałem się po nich nieco więcej, jednak po tak dobrym muzycznie dniu ciężko było zadowolić tak podsycony apetyt. Uważam jednak że było to godne ukoronowanie koncertowego drugiego lipca.
Dzień DrugiDrugi dzień rozpocząłem patriotycznie, występem płockiej formacji Lao Che. Panowie prezentowali w dużej mierze utwory z najnowszego krążka „Prąd Stały/Prąd zmienny” (recenzję płyty możecie przeczytać tutaj) sporadycznie przeplatane utworami z płyt „Gospel” i „Powstanie Warszawskie”. Muszę przyznać, że wiele razy widziałem tą grupę na żywo i openerowy koncert oceniam bardzo nisko. Był on kiepskim przedstawieniem się zagranicznej publiczności która tak licznie w tym roku najechała Babie Doły. Za dużo było tu elektronicznych zabaw a za mało żywiołowości do której przyzwyczajali nas panowie z Płocka.
Jako drugi tego dnia występ zaplanowałem koncert Psio Crew na scenie World. Zespół beskidzkich górali bezpretensjonalnie łączących rdzenne góralskie pieśni z muzyką taneczną znany jest ze świetnych występów na żywo. I tym razem nasi weseli górale nie zawiedli. Kolejny raz publiczność dopisała, zarówno polska jak i duża rzesza zagranicznych słuchaczy świetnie bawiła się, pląsając i śpiewając pod sceną. Podczas półtoragodzinnego występu skład z Bielska-Białej zaprezentował zarówno kompozycje z drugiej, nadchodzącej płyty jak i większość numerów z świetnie przyjętego debiutu pt.”Szumi Jawor Soundsystem” ( recenzja oraz utwory dostępne tutaj). W tym miejscu trzeba wspomnieć o świetnej dyspozycji głównego wokalisty grupy który pokazał swoją wszechstronność. I tak obok wspomnianych góralskich przyśpiewek usłyszeliśmy go zarówno w numerach stricte rockowych, jak i hip i trip hopowoych. Mocnym punktem ich programu były również pokazy beat boxu oraz brakdance'a które rozgrzały publiczność do czerwoności.
O 22.00 przyszedł czas na jedną z wisienek na openerowym torcie, jednego z headlinerów imprezy, mianowicie Massive Attack. Jednak koncert w porównaniu z tym sprzed dwóch lat był zaledwie przeciętny. Ten sam pomysł na scenografię, przesadzone nagłośnienie która z łatwością przyprawiało o ból głowy, oraz nudne koncertowe przedstawienie nowego krążka. Płyta tak uboga w gitary dobra jest do miłego lulania w domowym zaciszu, jednak nie jest mocnym punktem koncertowej setlisty. Oczywiście, usłyszeliśmy tu również znane i lubiane „Teradrop” czy „Angel”.Jednak muzycy siląc się na oryginalność pozmieniali aranżacje wielu znanych utworów co nieco zdziwiło zebrany tak licznie tłum fanów, oraz wprowadziło pewien chaos i dezorientację. Były oczywiście i mocne strony występu. Bardzo dobre wykonanie „Girl I Love You” ze świetnym udziałem onirycznego Horace'a Andy'ego oraz mocno gitarowe „Mezzanine „ pokazały przebłysk geniuszu bristolczyków.
Jednak te dwa wykonania nie były wstanie uratować występu. Dużym minusem był czas trwania koncertu. Niespełna godzinny występ zwieńczony jednym bisem ( „Karmacoma” w nieco innej wersji niż na płycie). Tak mała dawka trip hopowego grania nie była wstanie zaspokoić narastającego przez dwa lata apetytu. Przykro mi to stwierdzić, gdyż od zawsze byłem wielkim fanem tego kolektywu, jednak występ był niegodny zajęcia głównej sceny w najlepszym festwalowym czasie.
Zwieńczeniem drugiego dnia koncertowych uniesień był kiepsko nagłośniony koncert grupy Cypress Hill. Panowie prezentowali głównie numery z ostatniego studyjnego krążka pt. „Rise Up”. I choć pojawiły się również starsze piosenki a nawet cover utworu grupy Rage Against The Machine to uważam że, setlista powinna wyglądać na tym występie nieco inaczej. Więcej osłuchanych szlagierów mniej promocji nowej płyty. Dużym plusem tego występu byli sami muzycy i ich zachowanie. Luz i pewna nonszalancja ukazywały doświadczenie grupy i wprowadziły genialny, ciepły klimat w tą dosyć chłodną piątkową noc.
Dzień Trzeci Zaraz po otwierającym dużą scenę dnia trzeciego koncercie, L.U.C udzielił wywiad portalowi Cgm.pl. Na pytanie Artura Rawicza: „Jak otwiera się główną scenę?” Łukasz Rostowski odpowiedział następująco: „ Dostałem taki kluczyk, wziąłem i otworzyłem”. Otworzył, i to nie byle jak. Większą część występu zajęły utwory z ostatniego studyjnego albumu pt. „Planeta L.U.C.”. Oprócz tego usłyszeliśmy jeden utwór z wcześniejszego „Haelucenogenoklektyzm: Przypowieść O Zagubieniu W Przestrzeni” pt.”Porwano Ludzi Z Miasta Stumostów”. Choć materiał był mało zróżnicowany to występ pokazał prawdziwą klasą artysty. Kto był kiedyś na koncercie L.U.C 'a wie, że oprócz muzyki i nader wyszukanej konferansjerki możemy się po nim spodziewać dużej dawki dystansu i szczerego śmiechu jaki wywołuje swoimi wymyślonymi historiami. Tak było również tym razem. Oprócz ponad półtoragodzinnej podróży do wyimaginowanej krainy Witu wysłuchaliśmy kilku wesołych opowieści m.in. o wesołych bakteriach w Bałtyku czy spotkaniu z Mariuszem Pudziankowskim. Fakt jest faktem, że występ był dla zagranicznych słuchaczy jedynie zbitką nieznanych im wyrazów wypowiadanych w morderczym tępię. Jednak podejście muzyków do grania i atmosfera jaką wytworzyli pod główną sceną Gdyńskiego wydarzenia bez wątpienia dała się odczuć wszystkim, nie tylko polskim widzom.
Po krótkiej przerwie organizacyjnej, wiążącej się z zainstalowaniem instrumentów na scenę wyszli muzycy Skunk Anansie. Zespół- legenda powrócił na scenę po wielu latach przerwy. Przyznam, że nadspodziewanie wielu openerowiczów wyczekiwało tego koncertu. Pola wokół Main stage wypełniły się szczelnie fanami mocnego rocka z początku lat 90. Po tak długiej przerwie wykonawczej miałem pewne obawy co do formy zarówno instrumentalistów jak i liderki, żywiołowej Skin. Obawiałem się, że czas mógł zabić w niej to dzikie zwierze które niegdyś wychodziło z niej podczas żywych występów. Jednak nic bardziej mylnego, odniosłem nawet wrażenie ,że okres jaki upłynął od ostatniej regularnej trasy grupy tylko zaostrzył ich apetyt. Wspomniana Skin była tego popołudnia niekwestionowaną gwiazdą. Świetnie dysponowana wokalnie krążyła po scenie niczym lwica w klatce. Ponadto kilka razy wychodziła do ludzi oraz rzucała się na fale nadal czysto śpiewając. Genialna gra instrumentalna plus nieokiełzana wokalista sprawiały że koncert na długo zostanie w pamięci fanów. Jeśli chodzi o setlistę muzycy prezentowali przekrój swojej kariery, związany z wydanym ostatnio „Smashes & Trashes ” będącym zbiorem najlepszych piosenek zespołu. Usłyszeliśmy również nowe utwory przygotowane właśnie na to wydawnictwo. Grupa już zapowiedziała że niebawem wchodzą do studia z nowym materiałem. Po tym koncercie moje oczekiwania co do nowego materiału wzrosły stokrotnie.
Ze względu na osobiste nieoczekiwane wydarzenia dnia trzeciego udało mi się zobaczyć jeszcze tylko jeden występ na który szedłem z dużą nadzieją. Występujący na World Stage Bester Quartet wyklarował się istniejącego wcześniej The Cracow Klezmer Band. Nie liczyłem na to, by muzyka jazzowa o zabarwieniu klezmerskim znalazła duże audytorium wśród publiczności lgnącej do headlinerów z Kasabian grających w tym czasie na Main Stage. Tym większe było moje zdziwienie gdy dotarłem po scenę. Pole zasiane siedzącymi fanami spokojniejszego grania aż wrzało w oczekiwanie na muzyków. Koncert rozpoczął się trochę po wyznaczonym czasie ( planowo muzycy mieli rozpocząć o 22.30). Zniecierpliwiona, międzynarodowa co warto zaznaczyć publiczność ciepło przyjęła panów z Krakowa. Występ zajął wszystkich bez reszty. Subtelne jazzowe zagrywki silnie naznaczone kulturą żydowską były świetną odskocznią od otaczającego jazgotu hałaśliwych gitar i syntezatorów. Świetna gra instrumentalna została doceniona a muzycy co jakiś czas byli nagradzani sowitymi falami oklasków. Patrząc na tak duże zainteresowanie tego typu muzyką uważam, że organizatorzy powinni w kolejnych latach pomyśleć o utworzeniu specjalnego namiotu w którym to fani znajdowali by ukojenie w spokojnych dźwiękach jazzu. W prawdzie scena Alter Space gości zazwyczaj wiele projektów tego typu to oprócz muzyki można w niej oglądać filmy oraz różnego rodzaju performence. Moim zdaniem utworzenie jeszcze jednego namiotu podniosło by tylko range festiwalu.
Dzień CzwartyCzwarty, i ostatni dzień muzycznych uniesień opiewał w dwa najbardziej oczekiwane przeze mnie koncerty: The Dead Weather oraz NAS & Damian Marley. I muszę przyznać że oba wydarzenia stanęły na najwyższym możliwym poziomi wykonawczym. Tego wieczoru miałem również nikłą przyjemność wysłuchania koncertu Fat Boy Slim'a, który zawiódł mnie niebywale grają w miarę krótki set. Występ, który bez wątpienia sprawdził by się na imprezie typu Mayday, nie pasował za bardzo do utworzonego klimatu i był zdecydowanie niegodnym zwieńczeniem tak wspaniałego festivalu.
Ostatni dzień został naznaczony dwoma występami. Pierwszy to koncert grupy, która już po wydaniu pierwszej płyty zyskała miano kultowej, mianowicie The Dead Weather. Już dwa lata temu miałem okazję zobaczyć pana White'a na głównej Openerowej scenie. Wtedy to z zespołem The Reconteurs zostali ciepło przyjęci mimo tego, że grali jeszcze przy dziennym świetle. W tym roku, nowy projekt Jack'a był jednym z headlinerów ciągnących całą imprezę. Duże brzemię spoczęło na ich barkach. Jednak ta super grupa wydaje się nie zdawać sprawy ze swojej popularności, a ich występami rządzi nieskrępowana chęć grania. Już od pierwszego numeru było słychać tchnienie mistrzowskiej kompozytorskiej ręki Jacka Whita. I choć większość koncertu pozostawał w cieniu ( gra na perkusji, nie jest pierwszoplanowym zajęciem) to w końcowej części występu ten blady i niepozornie wyglądający mężczyzna złapał ochoczo za gitarę i udowodnił wszystkim niedowiarkom, że jego występ u boku Jimmy'ego Page' i The Edge'a w filmie „It Might Get Loud” nie był przypadkiem. Muzycy swobodnie mieszali materiał z obu dotychczas wydanych płyt. Co ważnie, nie ograniczali się przy tym do schematu nagrań studyjnych i swobodnie rozwijali swoje bluesowo-rockowe opowieści. Genialny wokal Alison Mosshart w połączaniu ze świetnymi gitarowymi solówkami Deana Fertita, pulsującym basem Jacka Lawrence'a i prostą perkusją White'a, wprowadził publiczność w prawdziwy trans. Od początku do końca parli przez kolejne numery niczym świetnie naoliwiona maszyna której nic nie jest w stanie stanąć na drodze. Do tego dodajmy świetnie zrealizowane nagłośnienie i oto otrzymujemy najlepszy, zaraz obok występu grupy Pearl Jam koncert tegorocznej edycji Heineken Opener Festival.
Zaraz po tym występie, a dokładniej jeszcze w trakcie jego trwania na scenie World rozpoczął się występ panów NAS'a i Damiana Marley'a. Pierwszy „As We Enter” i „Nah Mean” zapowiedziały numery ze wspólnego albumu tych dwóch muzyków. Jednak zanim one nastąpiły przyszła pora na kilka solowych numerów NAS'a. Uważam, że nie był to najlepszy wybór a panowie powinni na początku zainteresować publiczność nagranym wspólnie,świetnie przyjętym przecież materiałem. Ogólnie koncertowa setlista tego występu wygląda z jednej strony imponująco ( zagrali aż 25 utworów) z drugiej dość chaotycznie. Mamy tu solowy materiał zarówno NAS'a jak i Damiana. Oprócz tego dostaliśmy kilka coverów legendarnego Boba Marleya takich jak „Exodus” czy „ Could You Be Loved” , i oczywiście wspólny materiał dwóch panów. Dużo się działo, mogło to skonfundować niektórych fanów którzy znali jedynie wydany niedawno krążek „Distant Relatives”.
Nie mniej jednak trzeba oddać prawdę, występ był długim i świetnym show. Dobry kontakt z publicznością, ciekawe koncertowe wykonania, dobre nagłośnienie i dwie silne osobowości które połączyły siły dla dobra sprawy. Zarówno słychać, jak i widać było jak muzycy pozytywnie nastawieni są do wspólnego grania i jak bardzo cieszą się z ciepłego przyjęcia.