środa, 20 października 2010

Hurts - Happines(2010)


De­biu­tanc­ka płyta ze­spo­łu Hurts jest we­dług mnie nie­zbi­tym do­wo­dem na ab­so­lut­ną ko­mer­cja­li­za­cję prze­my­słu mu­zycz­ne­go. Wi­dzi­my tu od­zwier­cie­dle­nie pew­nej po­sta­wy prze­cięt­ne­go pol­skie­go słu­cha­cza. Fala pro­mo­cji, która za­la­ła nasz kraj w związ­ku z tym krąż­kiem, była ogrom­na. Po­ka­zu­je to z jaką ła­two­ścią - za po­mo­cą od­po­wied­nich środ­ków prze­ka­zu - można ma­ni­pu­lo­wać ma­sa­mi i stwo­rzyć gwiaz­dę. Czyli jak w pięk­nym opa­ko­wa­niu sprze­dać wszyst­ko.

Ten krót­ki wstęp to tylko ogól­na re­flek­sja, która nie można kłaść się cie­niem na resz­tę re­cen­zji. Muszę oddać mu­zy­ce co jej, gdyż ma­te­riał nie jest po­raż­ką w peł­nej roz­cią­gło­ści. Na pły­cie „Hap­pi­ness” do­sta­je­my bo­wiem do­brze skro­jo­ny, prze­my­śla­ny do cna syn­th­pop w dosyć sza­rym od­cie­niu. Jed­nak z przy­kro­ścią stwier­dzam, że in­no­wa­cyj­ność tej mu­zy­ki oscy­lu­je nie­bez­piecz­nie w gra­ni­cach zera. Pro­ste, me­lo­dyj­ne aż do bólu pod­kła­dy, wspar­te cie­ka­wym brzmie­nio­wo wo­ka­lem snu­ją­cym miał­kie zwrot­ki o ni­czym - to nie za wiele jak na „naj­go­ręt­szy de­biut roku”.

Pa­no­wie od­nie­śli suk­ces, gdyż ska­za­ła ich nań wy­rocz­nia zwana BBC. I wła­śnie gdyby nie ta po­cząt­ko­wa glo­ry­fi­ka­cja ma­te­ria­łu, mógł­by on paść na inny, może bar­dziej po­dat­ny grunt, a tak - pa­no­wie za­gosz­czą w roz­gło­śniach na czas jakiś, co chwi­lę przy­po­mi­na­jąc o sobie nowym te­le­dy­skiem. Jed­nak mi­łość pu­blicz­no­ści prze­mi­ja szyb­ko, a by ją za­trzy­mać, trze­ba po­ka­zać coś wię­cej niż śred­niej ja­ko­ści de­biut.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz