Debiutancka płyta zespołu Hurts jest według mnie niezbitym dowodem na absolutną komercjalizację przemysłu muzycznego. Widzimy tu odzwierciedlenie pewnej postawy przeciętnego polskiego słuchacza. Fala promocji, która zalała nasz kraj w związku z tym krążkiem, była ogromna. Pokazuje to z jaką łatwością - za pomocą odpowiednich środków przekazu - można manipulować masami i stworzyć gwiazdę. Czyli jak w pięknym opakowaniu sprzedać wszystko.
Ten krótki wstęp to tylko ogólna refleksja, która nie można kłaść się cieniem na resztę recenzji. Muszę oddać muzyce co jej, gdyż materiał nie jest porażką w pełnej rozciągłości. Na płycie „Happiness” dostajemy bowiem dobrze skrojony, przemyślany do cna synthpop w dosyć szarym odcieniu. Jednak z przykrością stwierdzam, że innowacyjność tej muzyki oscyluje niebezpiecznie w granicach zera. Proste, melodyjne aż do bólu podkłady, wsparte ciekawym brzmieniowo wokalem snującym miałkie zwrotki o niczym - to nie za wiele jak na „najgorętszy debiut roku”.
Panowie odnieśli sukces, gdyż skazała ich nań wyrocznia zwana BBC. I właśnie gdyby nie ta początkowa gloryfikacja materiału, mógłby on paść na inny, może bardziej podatny grunt, a tak - panowie zagoszczą w rozgłośniach na czas jakiś, co chwilę przypominając o sobie nowym teledyskiem. Jednak miłość publiczności przemija szybko, a by ją zatrzymać, trzeba pokazać coś więcej niż średniej jakości debiut.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz