sobota, 24 lipca 2010

Galactic - Ya-Ka-May (2010)


Mo­gli­by być ko­lej­nym z ty­się­cy ame­ry­kań­skich ze­spo­łów z kon­trak­tem pły­to­wym, ba­wią­cym się na swoim po­dwór­ku, gdyby nie ich po­cho­dze­nie. Pa­no­wie wy­wo­dzą się z No­we­go Or­le­anu, w któ­rym rów­nież two­rzą. Nowy Or­le­an to mia­sto, gdzie mu­zy­ka o za­bar­wie­niu jaz­zo­wym wy­cho­dzi poza ramy kul­tu­ro­we. Mia­sto, w któ­rym tra­dy­cja mu­zycz­na jest małą re­li­gią kom­po­nu­ją­cych tam ar­ty­stów. Mu­zy­cy, będąc świa­do­mi dźwi­ga­nia wie­lo­let­niej tra­dy­cji, cheł­pią się swymi ko­rze­nia­mi.

Po­zna­łem ich przy­pad­kiem, za spra­wą ich de­biu­tanc­kie­go krąż­ka „Co­olin' Off”. Płytę, obec­nie trud­no do­stęp­ną, na­by­łem za bez­cen na wy­prze­da­ży. Tym bar­dziej byłem zdzi­wio­ny po­zio­mem na­gra­nia. Mu­zy­ka na wskroś blu­eso­wa o jaz­zo­wym ko­lo­ry­cie. Za­ko­cha­łem się w tym krąż­ku od pierw­sze­go prze­słu­cha­nia. Zo­sta­łem "ku­pio­ny" dzię­ki lu­zo­wi i miłej, ro­dzin­nej at­mos­fe­rze pa­nu­ją­cej w na­gra­niach. Od tam­te­go mo­men­tu po­sta­no­wi­łem śle­dzić dal­szy roz­wój ich ka­rie­ry.

Na ko­lej­nych pły­tach "Ga­lac­tic" do swo­ich mu­zycz­nych za­in­te­re­so­wań do­rzu­ci­li funk. I tak oto do­cho­dzi­my po­wo­li do punk­tu, w któ­rym ak­tu­al­nie jest ze­spół. Ich naj­now­szy krą­żek pt. ”Ya-Ka-May” choć nie wy­wo­łu­je re­wo­lu­cji jest bar­dzo do­brym, rów­nym ma­te­ria­łem. Je­dy­ne, co może się nie po­do­bać, to fakt, że mu­zy­cy we­szli na nie­bez­piecz­ną, nieco ko­mer­cyj­ną ścież­kę. Wzbo­ga­ca­jąc swoją mu­zy­kę o jed­no­staj­ny bit rodem z mu­zy­ki r'n'b oraz po­kaź­ne grono go­ścin­nych wo­ka­li­stów, stra­ci­li nieco swój czar.

Ich szó­sta stu­dyj­na płyta, którą mo­że­my za­kwa­li­fi­ko­wać jako fun­ko­wy jazz, bar­dziej za­chę­ca do nie­skrę­po­wa­nych plą­sów na par­kie­cie, niż wy­słu­cha­nia w za­ci­szu do­mo­wych gło­śni­ków. Mu­zy­ka ra­do­sna, przy­pra­wio­na so­wi­cie sek­cją dętą nie po­zwa­la nam na mo­ment wy­tchnie­nia. Prze­słu­chu­jąc po­szcze­gól­ne "ka­wał­ki" nie do­świad­cza­my chwi­li nudy, a to dzię­ki mno­go­ści róż­nej eks­pre­sji wo­kal­nej zgro­ma­dzo­nych gości. To wszyst­ko na tle lek­kich i ni­czym nie­skrę­po­wa­nych zabaw dźwię­ka­mi.

Płyta skie­ro­wa­na jest przede wszyst­kim do osób głod­nych ta­necz­nych zabaw z naj­wyż­szej półki. Ci, któ­rzy wolą jed­nak bar­dziej spo­koj­ne, in­stru­men­tal­ne jazz-roc­ko­we fuzje pro­po­nu­ję za­po­zna­nie się ze wspo­mnia­nym de­biu­tem grupy. I choć kie­ru­nek, jaki ob­ra­li mu­zy­cy nie do końca mnie sa­tys­fak­cjo­nu­je, to i tak przy­zna­ję, że ”Ya-Ka-May” jest wy­ma­rzo­nym ma­te­ria­łem na go­rą­cy wa­ka­cyj­ny czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz