Wyczekiwany drugi album pt. "Sea of Cowards" trzyma poziom genialnego debiutu. Wielu uważało, że nagranie jeszcze lepszej płyty jest zwyczajnie niemożliwe. Niemożliwe stało się jednak faktem.
Wielu fanów Jacka White'a uznało The Dead Weather za najlepsze, co do tej pory stworzył. Co jest ich fenomenem? Co sprawia, że grupa zebranych naprędce muzyków przebija nawet kultowy The White Stripes oraz trochę mniej udany, choć nadal świetny projekt, The Racounteurs?
Po pierwsze i najważniejsze, naturalność. Słuchając ich muzyki, czuję się jakbym uczestniczył w sesji nagraniowej, a muzycy w każdym momencie mogą wstać i wyjść choćby na kawę. Luz, który panuje wmuzyka studiu, udziela się słuchaczom, dzięki czemu tak chętnie wracamy do tych nagrań.
Po drugie, tandem White - Mosshart. Pomimo tego że wiemy, kto trzyma wszystkich w ryzach, to Alison Mosshart, poprzez swoją ekspresje wokalną, wnosi dużo od siebie. Wspaniały rockowy wokal o dużych możliwościach i dużym dystansem do siebie i do muzyki. To w połączeniu ze świetną grą instrumentarium daje wybuchową mieszankę, którą pokochały miliony ludzi na całym świecie.
Jako singiel otrzymaliśmy nagranie "Die by the Drop" zbudowane na wymyślonym przez White'a motywie do filmu o przygodach Jamesa Bonda. Mocno rockowy kawałek nie do końca oddawał jednak klimat płyty, która mocno osadzona jest w bluesowej tradycji. Dużo tu spokojnych numerów, które oparte na chwytliwych riffach przepełnione są przeróżnymi smaczkami. Mamy również ostrzejsze momenty z barwnymi solówkami gitarowymi. Jednak całość jest raczej spokojna i właśnie w tym spokoju siła. Nic na tym krążku nie jest wymuszone. I to właśnie wydaje się być kluczem do serc i głośników milionów fanów na całym świecie.
Po raz kolejny panuje tu absolutna demokracja, zarówno kompozytorska jak i wokalna. Każdy z czterech muzyków ma wpływ na końcowy kształt nagrań, a za mikrofonem wymiennie stają Jack White oraz Alison Mosshart. Dużym plusem tej grupy jest trzymanie się staromodnego już modelu nagrań. Dużo gry na żywo, mało producenckiej dłubaniny. Model ten również tyczy się szybkości nagrań, na które nie musimy czekać 3 lata jak przy niektórych grupach, a jedynie pół roku.
Warto również wspomnieć o sympatii, jaką Jack darzy nasz kraj. Wprawdzie ową sympatię możemy zauważyć dopiero od relatywnie niedługiego czasu, jednak takową muzyk deklaruje już od wczesnych nagrań The White Stripes. Czym objawia się wspomniana sympatia? Systematycznymi wizytami w naszym kraju. W 2005 roku mogliśmy zobaczyć jego flagowy projekt na dużej scenie Open'era. Później w 2008 roku mieliśmy szanse obcowania z projektem The Raconteurs również na scenie głównej. I tym razem Jack, który ma korzenie polskie, nie omieszkał pochwalić się swoim nowym projektem. The Dead Weather już 4 lipca jako jedna z głównych gwiazd festiwalu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz