środa, 21 lipca 2010

Por­cu­pi­ne Tree - 17.07.2010, Łódź (Klub Wy­twór­nia)

Nie od dziś wia­do­mo, że grupa pro­gre­syw­nych "je­żo­zwie­rzy" darzy nasz kraj sym­pa­tią. Świad­czy o tym za­rów­no wy­daw­nic­two pt. "War­sza­wa", na któ­rym to usły­szy­my kon­cert za­re­je­stro­wa­ny w stu­diu im. Agniesz­ki Osiec­kiej, jak i fakt, że pa­no­wie czę­sto od­wie­dza­ją nas z kon­cer­ta­mi. Przed­ostat­ni odbył się w 2009 roku we Wro­cła­wiu zaraz po uka­za­niu się ostat­nie­go krąż­ka grupy pt. "The In­ci­dent". Wtedy, co zro­zu­mia­łe, se­tli­sta była na­sta­wio­na na nowy album.

Tym razem, mimo że trasa nie była z góry prze­wi­dzia­na na pro­mo­cję ostat­nie­go krąż­ka, usły­sze­li­śmy więk­szość no­we­go ma­te­ria­łu. Przy­znam, że ostat­nie wy­daw­nic­two nie jest moim fa­wo­ry­tem, nie­mniej jed­nak kon­cert w łódz­kiej wy­twór­ni za­li­czam do bar­dzo uda­nych.

Rów­nież licz­ba fanów była dużo mniej­sza niż na wspo­mnia­nym wro­cław­skim kon­cer­cie. Dzię­ki sto­sun­ko­wo ma­łe­mu au­dy­to­rium wy­two­rzył się miły, in­tym­ny kli­mat. I choć zróż­ni­co­wa­nie wie­ko­we pu­bli­ki było nie­sa­mo­wi­cie duże, to wszy­scy bez resz­ty dali się po­rwać trans­owo­ści wy­stę­pu.

Punkt dwu­dzie­sta mu­zy­cy stali już na sce­nie go­to­wi do wy­da­nia pierw­szych dźwię­ków. Bez sup­por­tu, bez spóź­nie­nia. Per­fek­cja jest tu pew­nym sło­wem-klu­czem. Ste­ven Wil­son, mul­tiin­stru­men­ta­li­sta oraz mózg wielu pro­jek­tów mu­zycz­nych, jest jedną z ta­kich po­sta­ci, po któ­rych wia­do­mo, czego można się spo­dzie­wać - rze­tel­no­ści i per­fek­cji. Z tego wzglę­du moje wy­ma­ga­nia co do tego kon­cer­tu były dość wy­so­kie. Jed­nak już po pierw­szych kilku pio­sen­kach dało się za­uwa­żyć, jak wy­so­ko pa­no­wie z Por­cu­pi­ne Tree sta­wia­ją sobie wy­ko­naw­czą po­przecz­kę.

Na po­czą­tek kilka utwo­rów z ostat­niej płyty - a do­kład­nie pięć pierw­szych otwie­ra­ją­cych płytę. Pierw­szy utwór to "Occam's Razor". Swo­ista roz­grzew­ka i próba na­gło­śnie­nia, które było świet­nie do­sto­so­wa­ne do roz­mia­rów sali. Je­dy­nie w tym nu­me­rze gi­ta­ra li­de­ra za­ni­ka­ła w zgieł­ku sek­cji ryt­micz­nej, a wokal był zbyt mocny. Jed­nak szyb­ko na­pra­wio­no ten błąd i już do końca było ide­al­nie. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ły ko­lej­ne dźwię­ki, świet­nie przy­ję­te "Great Expec­ta­tions" oraz "Dra­wing the Line". Warto po­wie­dzieć, że tylko utwo­rom z ostat­niej płyty to­wa­rzy­szy­ły spe­cjal­nie spre­pa­ro­wa­ne krót­kie filmy. Na­krę­co­ne w psy­cho­de­licz­nym kli­ma­cie, za­ska­ki­wa­ły dy­na­mi­ką i świet­nie pa­so­wa­ły do utwo­rów, do­peł­nia­jąc je.

Po trze­cim ka­wał­ku na­stą­pi­ło krót­kie przy­wi­ta­nie, w któ­rym Ste­ven nie omiesz­kał wspo­mnieć o pa­nu­ją­cych w Pol­sce upa­łach ("It's f...​in hot out here, what the hell is going on?" - Jest strasz­nie go­rą­co, co tu do cho­le­ry się dzie­je?). W isto­cie pa­nu­ją­cy na ze­wnątrz upał dało się od­czuć w nie­kli­ma­ty­zo­wa­nej sali łódz­kie­go klubu. Ko­lej­ne utwo­ry to już mie­szan­ka sta­re­go z nowym. Do­sta­li­śmy świet­ne wy­ko­na­nia tak do­brze znany z war­szaw­skie­go kon­cer­tu "Ha­te­song" czy prze­dłu­żo­ną wer­sję "Rus­sia on Ice". Nie­ma­łe po­ru­sze­nie wy­wo­łał rów­nież utwór ty­tu­ło­wy z naj­now­sze­go wy­da­nia DVD grupy pt. "Ane­sthe­ti­ze".

Pierw­sza po­ło­wa kon­cer­tu trwa­ła równo go­dzi­nę. Mu­zy­cy ogło­si­li, że wra­ca­ją za równo dzie­sięć minut. Na ekra­nie po­ja­wi­ło się od­li­cza­nie, a więk­sza część pu­blicz­no­ści udała się w tym cza­sie po zimne na­po­je, by ochło­dzić nieco żar, jaki za­pa­no­wał pod sceną. Równo po dzie­się­ciu mi­nu­tach i zbio­ro­wym od­li­cza­niu se­kund ze­spół po­wró­cił na drugą po­ło­wę wy­stę­pu. Znów roz­po­czę­li od no­wych nu­me­rów, od­gry­wa­jąc pra­wie cały drugi krą­żek. Po­ja­wi­ły się rów­nież star­sze nu­me­ry, takie jak "Buy­ing New Soul", czy "Way Out of Here", które swo­bod­nie in­ter­pre­to­wa­ne prze­ro­dzi­ły się w świet­ne pro­gre­syw­ne po­rdó­że o za­bar­wie­niu roc­ko­wym, a cza­sem nawet i me­ta­lo­wym. Tutaj mniej było już wo­ka­lu, który roz­my­wał się ni­czym oni­rycz­ne plamy na tle cięż­kich rif­fów. W tej czę­ści otrzy­ma­li­śmy to, co w ze­spo­le ko­cha­my naj­bar­dziej. Dużo roz­kosz­nej za­ba­wy gi­ta­ra­mi i kli­ma­tem, który dzię­ki swo­bo­dzie mu­zy­ków udzie­lił się rów­nież pu­blicz­no­ści.

Za­mknię­cie kon­cer­tu było iście pro­fe­sjo­nal­ne. Bra­wu­ro­we wy­ko­na­nie "Nor­mal" wspar­te ge­nial­nym świetl­nym fi­na­łem oraz fil­mi­kiem przed­sta­wia­ją­cym udaną próbę sa­mo­bój­czą mło­dej dziew­czy­ny oraz wy­ci­sza­ją­ce "Bon­nie the Cat" za­koń­czy­ły re­gu­lar­ny wy­stęp grupy. Po dosyć dłu­giej na­mo­wie pu­blicz­no­ści ze­spół po­wró­cił na scenę by za­grać krót­ki bis. Na py­ta­nie ze sceny "To co mamy jesz­cze dla was za­grać" padło wiele róż­nych pro­po­zy­cji. W końcu mu­zy­cy zde­cy­do­wa­li się na jeden z wielu swo­ich szla­gie­rów pt. "Tra­ins".

So­bot­ni kon­cert był przede wszyst­kim ucztą dla wier­nych fanów grupy. Prze­kro­jo­we spoj­rze­nie na nową płytę prze­pla­ta­ne mu­zy­ką z dłu­giej ar­ty­stycz­nej drogi. Je­że­li cho­dzi o wy­ko­na­nie, mu­zy­cy spi­sa­li się na piąt­kę. Żad­nych wpa­dek czy nie­tra­fio­nych dźwię­ków. Po raz ko­lej­ny po­ka­za­li klasę.

Warto rów­nież wspo­mnieć, że był to jeden z ostat­nich wy­stę­pów przed pla­no­wa­ną prze­rwą. I choć pa­no­wie nie myślą na razie o nowym ma­te­ria­le, to wiemy, że Ste­ven Wil­son nie ma za­mia­ru próż­no­wać i bę­dzie kon­ty­nu­ował pracę nad swo­imi po­bocz­ny­mi pro­jek­ta­mi. I chwa­ła mu za to, gdyż z tak kre­atyw­nym umy­słem i per­fek­cją wy­ko­na­nia, le­ni­stwo by­ło­by grze­chem cięż­kim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz