To już piąta edycja OFF Festiwalu. I mimo tego, że impreza wciąż rozwija się i rośnie w siłę jest nadal małym wydarzeniem w porównaniu do choćby Coke Live Music Festival czy Heineken Opener. Trzeba jednak przyznać, że tak nieduża skala wychodzi festivalowi na dobre. Zarówno na polu namiotowym jak i na terenie koncertowym było nad wyraz czysto i schludnie. Organizacyjnie, były rzecz jasna pewne niedociągnięcia ( po drugim dniu skończyły się opaski zezwalające na przebywanie na polu namiotowym) jednak widać, że organizatorzy co w ich mocy by impreza była jak najbardziej przyjazna fanom.
Muszę przyznać, że koncertowa obfitość tegorocznej edycji imponowała.. Choć koncerty w większości były dosyć krótkie (od pół godziny do około godziny) to dzięki temu fanom dane było zapoznać się z dużą liczbą młodych stażem, acz nader obiecujących wykonawców. Opisanie wszystkich koncertów byłoby istną niemożliwością, dlatego postanowiłem z każdego dnia wybrać po jednym występie polskiej, i jednym zagranicznej kapeli.
Dzień pierwszy
Zacząłem od nieznanego mi wcześniej polskiego składu o nazwie Potty Umbrellas. Pierwszy zespół na głównej, mbankowej scenie i od razu miłe zaskoczenie. Doświadczeni muzycy występujący również w innych polskich kapelach, jak np.:”Something like Elvis” ( zespół również występował na festiwalu) czy Tissura Ani. Panowie dali około półgodzinny występ z muzyką niemalże sztandarową dla Katowickiego Off'a. Gitarowe granie, przyozdobione jazzowym feelingiem oparte na soczystych riffach i transowym zacięciu. Do tego dodajmy, świetny, przyjacielski wręcz kontakt z publicznością która, choć w niewielkiej liczbie, sumiennie oklaskiwała młody skład.
Niestety, co stwierdzam ze wstydem za polską publiczność, mało było fanów chętnie chodzących na występy młodych kapel. Tu jako przykład mogę podać zespół St. James Hotel na których występie stawiło się zaledwie około 30 osób. Fakt ten nieco dziwi, gdyż całemu wydarzeniu przyświeca idea promowania młodej, niezależnej twórczości. Przy założeniu, że odwiedzający dolinę trzech stawów ludzie mają otwarte umysły i są gotowi na nowe doznania, tak małe liczba słuchaczy była dla mnie sporym zaskoczeniem.
Kolejnym występ dnia pierwszego był absolutną pomyłką. The Horrors, jedni z headlinerów całego wydarzenia. Przez recenzentów okrzyknięci następcami My Bloody Valentine ze względu na ich specyficzny gitarowy zgiełk. Tego wieczora jednak kompletnie nie udźwignęli ciężaru jaki spoczął na ich barkach. Występ rozpoczął się od męcząco długiego dostrajania instrumentów i sprawdzania mikrofonu. Później było już tylko gorzej. Flegmatyczny wokal, źle nagłośnione gitary i nudna linia basu sprawiły iż koncert zlał się w jedną, zdającą się nie mieć końca, męczarnie. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że był to najgorszy koncert jaki widziałem ostatnimi czasy. Moje niezadowolenie zdawali się potwierdzać migrujący spod sceny fani. Taki występ mógłby mieć powodzenie na przykład na Openerowej scenie Tent, jednak nie był godzien głównej sceny alternatywnego Off'a.
Dzień Drugi
Sobota była zdecydowanie bardziej udana. Po ulewnej nocy wyszło słońce, a z zalewu koncertów ( St. James Hotel, Manescape, 3Moonboys, Plum, Pustki, Tides From Nebula, Pink Freud, Muchy, Mouse On Mars, Tunng, Hey, Mew, Dinosaur Jr.) aż trudno było wybrać najciekawsze wydarznie dnia.
Jako najlepszy polski występ tego dnia wybrałem niespełna czterdziestopięciominutowe słuchowisko polskiej kapeli post-metalowej Tides From Nebula. Uważam jednak, że oficjalna szufladka post-metal jest mało adekwatna i mało mówiąca. Odwołując się do wypowiedzi Dawida Szczęsnego z grupy Niwea :”znamy zbyt dużo muzyki(...) nie powstają już nowe rzeczy wynikające z braku świadomości(...) cała muzyka jest post-”. W takim razie jak określić to co robi to warszawskie trio? Jest to instrumentalny art- metal z progresywnymi zapędami i dużym ładunkiem emocjonalnym.
Zespół jak na tak mały dorobek wydawniczy (debiut w 2009 roku, zapowiedź drugiej płyty jeszcze w 2010) zebrał pod sceną eksperymentalną imponująco dużą liczbę fanów. Oprócz osłuchanych już numerów koncert został spięty klamrą premierowego materiału, jeden nowy numer na sam początek i jeden zamykający występ. Jeśli chodzi o aspekt wykonawczy to Ci młodzi muzycy pokazali klasę. Wzorowo wykonane numery okraszone improwizacyjnym luzem kupiły publiczność która po każdym kawałku wybuchała burzą oklasków. Brawa za skromność, uśmiech i naturalność. Wróżę tej kapeli świetlaną przyszłość.
Jeśli chodzi o zagranicznych wykonawców sprawa jest prosta. Zespół Tunng zgarnął wszytko jeśli chodzi o uznanie publiczności. Konkurencja nie była jednak zbyt duża. Kiepski występ headlinerów z Dinosaur Jr. (część sprzętu kapeli zaginął podczas transportu) i nudny występ duńskiego Mew otworzył Tunng drogę po laur pierwszeństwa.
Miałem jednak pewne wątpliwości co to ich występu. Po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty miałem wątpliwości czy uwzględnić ich w swoich festiwalowych planach. To co wykonują w studiu jednak ma się nijak to tego co możemy usłyszeć na koncercie. Zamiast miałkich kołysanek, które w garze z napisem folk nie wyróżniają się niczym specjalnym dostaliśmy piękny, żywiołowy koncert. Tutaj oprócz stricte folkowych melodii wyraźnie słychać inspiracje muzyką elektroniczną, do tego dodajmy świetną pracę ciężko brzmiącej sekcji rytmicznej. I tak oto z sennych popiołów odradza się koncertowo piękny feniks wesołego folkowego grania. Świetna atmosfera panująca pod sceną mimo deszczu udzieliła się muzykom a koncert zakończył się ogromem braw.
Dzień Trzeci
Tu postanowiłem opisać jedynie finalny koncert, długo wyczekiwanej gwiazdy, mianowicie Flaming Lips.
Zabierając się za relacjonowanie koncertu Flaming Lips trzeba zacząć od rzeczy podstawowej. Mianowicie, należy oddzielić grubą krechą wizualną, czysto estetyczną stronę koncertu od jego wartości muzycznej. Zacznę od pierwszego podmiotu tego wielopoziomowego „show”. Użyłem tu słowa show nie bez powodu, bowiem występ tych czterech muzyków był najbardziej spektakularnym wydarzeniem artystycznym jakie kiedykolwiek miałem okazję widzieć.
Rozpoczęcie koncertu wyjściem na sceną spomiędzy nóg wyświetlonej na telebimie kobiety, bieg po uniesionych rękach publiki w wielkiej plastikowej kuli, istne tsunami wielokolorowego konfetti i różnych wielkości balonów, laserowe pokazy, nadmuchiwane postacie i wreszcie pokaz sztucznych ogni. Podobało się to publiczności, która jak zahipnotyzowana dała się wciągnąć we wspomniany show. Przyznam, że sztukę tak zwanego mydlenia oczu, a w zasadzie uszu panowie z Oklahomy opanowali do perfekcji. Osobiście jednak jestem zdania, że takie nieco cyrkowe zabiegi potrzebne są jedynie gdy muzyka nie broni się sama.
I w ten właśnie sposób dochodzimy do drugiej wspomnianej na początku wartości. Muzyka jaką grają Ci amerykańscy Pink Floyd (tym mianem okrzyknęli ich dziennikarze) obok porywających momentów skondensowanego hałasu ma w sobie dużo spokoju a wręcz melancholii. Tego zaś wieczoru wokalista, a zarazem głównodowodzący Wayne Coyne nie zawahał się przed ryzykowną żonglerką nastrojów. Tak ot, czadowe rockowe tyrady z odpowiednim przytupem sprawdziły się idealnie, natomiast spokojniejsze fragmenty obroniła cała sceniczna otoczka i wesoła atmosfera która dzięki niej powstała.
Nie oznacza to bynajmniej, że koncert pod względem wykonawczym był kiepski. Nie, wręcz przeciwnie zaskoczyła mnie duża precyzja zarówno instrumentalna jak i wokalna, jaką zaprezentowali Ci alternatywni weterani. Jednak gdyby wykonać tu podstawowe matematyczne działanie i od całości odjąć owy sceniczny image, koncert z oceny celującej z plusem spadł by do mocnej czwórki.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz