Czyżby Ozzy Osbourne spuścił z tonu? Niestety tak. O ile należy unikać tu jakichkolwiek porównań z grupą Black Sabbath, o tyle nawiązanie do poprzedniego krążka pt. "Black Rain" jest jak najbardziej na miejscu. Pomimo tego że przedostatniej płycie zarzucano wtórność, dawała ona porządnego rockowego kopa, którego po "Księciu Ciemności" można było się spodziewać. Jednak czas płynie nieubłaganie, a z czasem nawet najmroczniejszy łagodnieje.
Już od chwili ukazania się singla "Let Me Hear You Scream" było wiadomo, że płyta będzie bardziej popowa niż jej poprzedniczka. Dużo tu dźwięków akustycznej gitary i spokojnego, łkającego wokalu. Wprawdzie nie zdominowały one całości, jednak świadczą dość dosadnie o zwolnieniu tempa. I tak, obok hardrockowych przebłysków: "Diggin' Me Down" z urokliwymi smyczkami, czy opartego na powolnie toczącym się niczym walec metalowym riffie "Soul Sucker", znajdziemy średnie ballady. Są to na przykład kompletnie przestrzelony utwór "Crucify", czy prosty do przesady hymn w imię miłości "I love You All". Jednak Ozzy to przede wszystkim głos, jego znak rozpoznawczy. I ten, choć z wiekiem naturalnie ulega zmianie, to zmiana jest to niewielka i wciąż czaruje barwą, a w mocniejszych numerach pokazuj swój potencjał.
Przyznam, że po tym krążku spodziewałem się o wiele więcej. Jest to jedynie średniak jakich teraz wiele na muzycznym rynku. Mimo tego że jest to jedynie pozostałość po hardrockowej potędze, to mam nadzieje, że "Scream" nie będzie łabędzim śpiewem Osbourne'a. Fakt jest taki, że, co by się nie działo, Ozzy nadal niezaprzeczalnie pozostaje ikoną muzyki rockowej i nadal ma zastępy wiernych fanów, którzy bez namysłu kupują wszystko, co ten zrobi. Jednak jeśli nie ma się to skończyć jednie na odcinaniu kuponów od sławy, osławiony "Książę" musi zaproponować nam o wiele więcej. Zatem płytę z czystym sumieniem polecam fanom głosu Ozzy'ego oraz tym nastawionym na rockowe ballady średniej jakości, które są jedynie momentami naznaczone ciężkim rockowym pazurem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz