Grupę Yeasayer poznałem tylko i wyłącznie za sprawą tegorocznego Open'era. Przedzierając się przez mnogość bardziej lub mniej udanych projektów, ten zainteresował mnie najbardziej. Druga płyta wzmacnia ich pozycję na scenie alternatywnej.
Na początek muszę się do czegoś przyznać. Nigdy nie byłem zagorzałym fanem słodkich melodii i chórków wyjętych żywcem z płyt Bee Gees. Dlatego po pierwszym przesłuchaniu albumu uznałem go za przeciętny nawrót tradycji lat 80', który nie wart jest złamanego grosza. Jednak po wyłączeniu muzyki wciąż pod nosem nuciłem sobie ich numery, a po głowie kołatały mi się chwytliwe melodie. Dlatego właśnie postanowiłem dać krążkowi "Odd Blood" drugą szansę. I trzeba przyznać, że wykorzystał ją. To niezwykle ważne by muzyka, oprócz naturalnej radości słuchania, odznaczała się w świadomości i zapadała w pamięć. I tak właśnie dzieje się przy najnowszej, a drugiej z kolei, płycie Yeasayer.
Krążek z powodzeniem mógłby zostać soundtrackiem do ekranizacji jakiejś baśni. Radosne dzwoneczki, kolorowe melodie i pełne gracji chórki przeplatane z odgłosami natury tworzą nad wyraz radosny i bajeczny klimat. Co również ważne, płyta nie nudzi się nawet po wielokrotnym przesłuchaniu i na dobre rozgaszcza się w naszych głośnikach. W odróżnieniu od "All Hour Symbals", czyli debiutanckiego krążka grupy, jest to album bardziej przebojowy, zatem również bardziej popowy. Tym razem jednak należy zapisać to chłopakom na plus i ze spokojnym sumieniem uznać, że zdali tak zwany test drugiej płyty.
Choć fani, którzy pokochali grupę za ich pierwszy krążek mogą być niejako zawiedzeni, uważam, że dobrze się stało, gdyż dzięki nowo przyjętej formule muzyka trafia do większego audytorium. Prawdopodobnie dzięki temu również będziemy mieli okazje zobaczyć chłopaków już niebawem na Festiwalu Heineken Open'er.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz