Pierwszym zaskoczeniem był rozmiar całego przedsięwzięcia. Osobiście byłem pewien, że w momencie gdy odbywa się tylko jeden taki koncert to będzie on większy a tu, bardzo miłe zaskoczenie. Mogę powiedzieć że było bardzo kameralnie, co pozwoliło stworzyć swoistą nić porozumienia między publicznością a grającymi. Kolejną, ciekawostką było to że wszystkie miejsca były siedzące, co sprawiło że scenę było widać jednakowo dobrze z każdego punktu. Nie do końca było to zaskoczenie gdyż symfoników zazwyczaj przyjmuje się siedząc, lecz z drugiej strony jeśli ktoś kiedyś miał przyjemność obcować z Comą na żywo wie, że usiedzenie w jednym miejscu na ich koncercie jest nie lada wyzwaniem . Koncert zaczął się z z małym poślizgiem od planowanej 22.00. I tu muszę wspomnieć o jednym z niewielu, jeśli nie jedynym mankamencie wieczoru. Był nim zdecydowanie konferansjer. Widać było że nie bardzo związany jest z muzykę co odpychało. Wiadomo, konferansjer to tylko chwila którą spędza na scenie lecz jednak włożyć w swoją zapowiedź trochę więcej pasji i serca.
Już zapowiedzeni wkroczyli na scenę Symfonicy w 44 osobowym składzie, zebrali umiarkowane oklaski, dopiero kiedy na scenę z uśmiechami wkroczyła Coma rozpętała się burza. Muzyka popłynęła. Lekkie wejście orkiestry i rozpoczęła się „Wola Istnienia”. Pierwsza w Hipertroficznej podróży, ale ostatnio również pierwsza na każdym koncercie. Po pierwszym kawałku Piotrek przywitał się z publicznością bardzo charyzmatycznie, jak i w już charakterystycznym dla siebie stylu. O ile po pierwszym kawałku kiedy było słychać, że oba składy potrzebują chwili na dostrojenie się, nie byłem przekonany co do magicznej mocy owego wieczoru, to już po drugim byłem pewien że biorę właśnie udział w czymś kompletnie wyjątkowym. Kolejne utwory wywoływały coraz to więcej uśmiechu na twarzach fanów. Muzycy płynęli przez muzykę nieomal bez przystanków. Już po około 25 minutach cała publiczność zaprzestała korzystania z plastikowych krzeseł i wszyscy stali jak jeden mąż. Co do nagłośnienia, nie można się do niczego przyczepić, choć w pierwszym kawałku dźwięk trochę uciekał ze wzglądu na wiatr, to później naprawiono ten błąd i nagłośnienie było bardzo dobre. Jeżeli chodzi o aranżacje, to tępo utworów Comy w dużej części było zmienione. Czasami piosenkę grano szybciej niż zwykle, czasem wolniej. Było to niesamowite wyzwanie nie tyle dla instrumentalistów zespołu, jak dla samego wokalisty. Momentami musiał się „mieścić” z długimi frazami w krótkim czasie, a przy tym zachować moc utworu. Lecz tu, po raz kolejny Rogucki pokazał swoją klasę, bo pomimo zdecydowanie trudnego zadania, podołał mu znakomicie.
Podczas koncertu mogliśmy usłyszeć różne smaczki. Były takie, które pozwalały nam na podróż do dalekiej Japonii ale również takie, które ukazywały obraz Krakowskich średniowiecznych grajków muzykujących przy sukiennicach. Przestrzeń była szczelnie wypełniona dźwiękami praktycznie w każdym momencie. Czasem odnosiłem wrażenie, że gdyby ktoś chciał dograć nut do tej muzyki to byłoby to fizycznie niemożliwe. Dźwięk był pełny, co czyniło go wielce dojrzałym a zarazem przemyślanym. Było naprawdę wspaniałe w konfrontacji z myślą że ta cała wielka grupa ludzi pracowała nad tym przez pewien czas tylko po to, by dać jeden jedyny Gdański koncert.
Po godzinie koncertu nastąpiła przerwa a na scenę znów wkroczył wspomniany nie udany eksperyment – konferansjer. Lecz nawet to nie było wstanie niczego już zakłócić. Publiczność była zadowolona i żądna dalszej części przedstawienia. Mimo wiatru i nie za wysokiej temperatury nie słychać było jakichkolwiek utyskiwań na pogodę a raczej peany pochwalne dla tego co odbywało się przed naszymi oczami. Przerwa była krótka, trwała około 15 minut i choć nie jestem pewien, to wydaje mi się, że spowodowana była ona głównie zużyciem materiału, czyli smyczków. Trzeba przyznać , że jak się patrzyło na artystów smyczkowych to czasem odnosiło się wrażenie, że grają oni bardziej żywiołowo niż sama gwiazda wieczoru. I tu ogromna pochwała dla całej orkiestry bo mimo tej ciężkiej pracy muzycy sprawdzili się perfekcyjnie.
Druga część koncertu trwała również godzinę. Usłyszeliśmy przekrój muzycznej kariery Comy i kawałki które tak dawno nie były grane na koncertach, że zadziałały jak balsam na uszy wszystkich zebranych. Absolutnym mistrzem wśród takich piosenek był „Leszek Żukowski”, którego odśpiewali wszyscy zebrani. Po dwóch godzinach grania koncert skończył się ogromnym aplauzem publiczność oraz niekończącymi się uprzejmościami muzyków. I słusznie, uprzejmości nigdy nie za wiele. Po chwili, ludzie powoli zaczęli wychodzić, ale tylko częściowo. Wielu jeszcze siedziało i wciąż patrzyło na scenę gdzie muzycy powoli schodzili i dziękowali sobie nawzajem za to że mogli zrobić razem coś tak oryginalnego i fajnego. Dopiero po dłuższej chwili wszyscy zaczęli schodzić z wielką radością ale i smutkiem, że to już koniec. Gdy trybuny były już niemal puste, wszyscy muzycy, jak jedna wielka rodzina ustawili się do grupowego zdjęcia. To było jak wisienka na torcie, pokazało tą ciepłą atmosferę, zero pośpiechu i maksymalny luz wykonawców.
Podsumowanie nie będzie długie acz treściwe, bo nie ma co się rozwodzić, albo coś jest wspaniałe albo nie. Otóż Widowisko Nocy Gdańskiej i to się na nim stało było istotnie fenomenem na skalę naszego kraju. Niech żałują Ci co nie byli, a Ci którzy byli niech do końca życia zapamiętają to co widzieli i to co czuli podczas koncertu, bo to coś zwyczajnie wspaniałego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz