wtorek, 25 sierpnia 2009

Coma - Hipertrofia (2008)


Od początku do końca zaplanowane wydarzenie muzyczne. Tak można w jednym zdaniu opisać trzeci album łódzkiej formacji Coma. „Hipertrofia” jest obszerną opowieścią o życiu człowieka. Nie jakiegoś konkretnego, człowieka X. Piosenki przeplatane krótkim wstawkami w których słyszymy różne dźwięki są świetnym dopełnieniem całej historii. Lecz pomysł na płytę to nie jedynie dwa krążki. Zacznę od czegoś naprawdę ciekawego i unikalnego na skale kraju. Otóż na oficjalnej stronie zespołu znalazły się dzienniki napisane przez pana Dworzanina ( chodzą słuchy że to alter ego wokalisty zespołu Piotra Roguckiego). Są one jak gdyby dopełnieniem i zarazem opowieścią wiążącą się ściśle z obydwoma krążkami. Naprawdę warto poświęcić chwile i wgłębić się w całą opowieść jaką zespół pragnie nam przedstawić.

Kolejną częścią owego zaplanowanego wydarzania muzycznego jest szata graficzna płyty i oprawy koncertów. Cała poligrafia utrzymana jest w pomyśle. Artyści zawsze mają na sobie koszulki i części garderoby związane z ową poligrafią. Scena zwykle jest w barwach przedstawionych na okładce. A co najważniejsze artyści na swoich koncertach grają głównie ze swojej nowej płyty, koncert trwa ponad 2 godziny a podczas tego wydarzenia odegrana jest cała zawartość dwóch krążków. Jest to godna zaufania wierności konceptowi przyjętemu na albumie.

Koncept album. To ważne stwierdzenie. Słyszałem komentarze bardzo niepochlebne dotyczące tej płyty, jeden który najbardziej mnie dotknął brzmiał: „ Jesteśmy z naszym rynkiem muzycznym 20 lat za zachodem, dochodzimy do koncept albumów”. Moja odpowiedź jest prosta. Ile byśmy nie byli lat i za kim to wspaniale że w Polsce rodzą się tak dobre pomysły na płyty. A my jako kraj nie mamy wcale gonić „The Wall” Floydów, a iść własną drogą. Nie ważne że wolniej, ważne że sukcesywnie.

Oczywiście nie ma co głaskać tutaj artystów po głowach i mówić że wszystko jest super. Zespół zdecydowanie ostatnim albumem poszedł w komercje. Dla starych fanów było zbyt mało soczystego rockowego grania. Wokalista dużo eksperymentował z głosem i mniej śpiewał jak za dawnych lat, swoim zwykłym rockowym tonem. Zespół tłumaczy to chęcią eksperymentów z instrumentami i wokalem, cześć prawdy w tym jest ale na pewno liczy się rozgłos. Tą płyta Coma pokazał swoją elastyczność i nie wszystkim się to spodobało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz