Nie od dziś wiadomo, że grupa progresywnych "jeżozwierzy" darzy nasz kraj sympatią. Świadczy o tym zarówno wydawnictwo pt. "Warszawa", na którym to usłyszymy koncert zarejestrowany w studiu im. Agnieszki Osieckiej, jak i fakt, że panowie często odwiedzają nas z koncertami. Przedostatni odbył się w 2009 roku we Wrocławiu zaraz po ukazaniu się ostatniego krążka grupy pt. "The Incident". Wtedy, co zrozumiałe, setlista była nastawiona na nowy album.
Tym razem, mimo że trasa nie była z góry przewidziana na promocję ostatniego krążka, usłyszeliśmy większość nowego materiału. Przyznam, że ostatnie wydawnictwo nie jest moim faworytem, niemniej jednak koncert w łódzkiej wytwórni zaliczam do bardzo udanych.
Również liczba fanów była dużo mniejsza niż na wspomnianym wrocławskim koncercie. Dzięki stosunkowo małemu audytorium wytworzył się miły, intymny klimat. I choć zróżnicowanie wiekowe publiki było niesamowicie duże, to wszyscy bez reszty dali się porwać transowości występu.
Punkt dwudziesta muzycy stali już na scenie gotowi do wydania pierwszych dźwięków. Bez supportu, bez spóźnienia. Perfekcja jest tu pewnym słowem-kluczem. Steven Wilson, multiinstrumentalista oraz mózg wielu projektów muzycznych, jest jedną z takich postaci, po których wiadomo, czego można się spodziewać - rzetelności i perfekcji. Z tego względu moje wymagania co do tego koncertu były dość wysokie. Jednak już po pierwszych kilku piosenkach dało się zauważyć, jak wysoko panowie z Porcupine Tree stawiają sobie wykonawczą poprzeczkę.
Na początek kilka utworów z ostatniej płyty - a dokładnie pięć pierwszych otwierających płytę. Pierwszy utwór to "Occam's Razor". Swoista rozgrzewka i próba nagłośnienia, które było świetnie dostosowane do rozmiarów sali. Jedynie w tym numerze gitara lidera zanikała w zgiełku sekcji rytmicznej, a wokal był zbyt mocny. Jednak szybko naprawiono ten błąd i już do końca było idealnie. Z głośników popłynęły kolejne dźwięki, świetnie przyjęte "Great Expectations" oraz "Drawing the Line". Warto powiedzieć, że tylko utworom z ostatniej płyty towarzyszyły specjalnie spreparowane krótkie filmy. Nakręcone w psychodelicznym klimacie, zaskakiwały dynamiką i świetnie pasowały do utworów, dopełniając je.
Po trzecim kawałku nastąpiło krótkie przywitanie, w którym Steven nie omieszkał wspomnieć o panujących w Polsce upałach ("It's f...in hot out here, what the hell is going on?" - Jest strasznie gorąco, co tu do cholery się dzieje?). W istocie panujący na zewnątrz upał dało się odczuć w nieklimatyzowanej sali łódzkiego klubu. Kolejne utwory to już mieszanka starego z nowym. Dostaliśmy świetne wykonania tak dobrze znany z warszawskiego koncertu "Hatesong" czy przedłużoną wersję "Russia on Ice". Niemałe poruszenie wywołał również utwór tytułowy z najnowszego wydania DVD grupy pt. "Anesthetize".
Pierwsza połowa koncertu trwała równo godzinę. Muzycy ogłosili, że wracają za równo dziesięć minut. Na ekranie pojawiło się odliczanie, a większa część publiczności udała się w tym czasie po zimne napoje, by ochłodzić nieco żar, jaki zapanował pod sceną. Równo po dziesięciu minutach i zbiorowym odliczaniu sekund zespół powrócił na drugą połowę występu. Znów rozpoczęli od nowych numerów, odgrywając prawie cały drugi krążek. Pojawiły się również starsze numery, takie jak "Buying New Soul", czy "Way Out of Here", które swobodnie interpretowane przerodziły się w świetne progresywne pordóże o zabarwieniu rockowym, a czasem nawet i metalowym. Tutaj mniej było już wokalu, który rozmywał się niczym oniryczne plamy na tle ciężkich riffów. W tej części otrzymaliśmy to, co w zespole kochamy najbardziej. Dużo rozkosznej zabawy gitarami i klimatem, który dzięki swobodzie muzyków udzielił się również publiczności.
Zamknięcie koncertu było iście profesjonalne. Brawurowe wykonanie "Normal" wsparte genialnym świetlnym finałem oraz filmikiem przedstawiającym udaną próbę samobójczą młodej dziewczyny oraz wyciszające "Bonnie the Cat" zakończyły regularny występ grupy. Po dosyć długiej namowie publiczności zespół powrócił na scenę by zagrać krótki bis. Na pytanie ze sceny "To co mamy jeszcze dla was zagrać" padło wiele różnych propozycji. W końcu muzycy zdecydowali się na jeden z wielu swoich szlagierów pt. "Trains".
Sobotni koncert był przede wszystkim ucztą dla wiernych fanów grupy. Przekrojowe spojrzenie na nową płytę przeplatane muzyką z długiej artystycznej drogi. Jeżeli chodzi o wykonanie, muzycy spisali się na piątkę. Żadnych wpadek czy nietrafionych dźwięków. Po raz kolejny pokazali klasę.
Warto również wspomnieć, że był to jeden z ostatnich występów przed planowaną przerwą. I choć panowie nie myślą na razie o nowym materiale, to wiemy, że Steven Wilson nie ma zamiaru próżnować i będzie kontynuował pracę nad swoimi pobocznymi projektami. I chwała mu za to, gdyż z tak kreatywnym umysłem i perfekcją wykonania, lenistwo byłoby grzechem ciężkim.