niedziela, 27 grudnia 2009

John Frusciante - The Empyrean(2009)


Po pierwszym wysłuchaniu tego krążka z moich ust popłynęła salwa ochów i achów. Bez wahania odpaliłem płytę jeszcze raz i jeszcze raz. Choć jestem pełen szacunku dla muzyki którą stworzył z Red Hot Chili Peppers, to uważam że dopiero z nadejściem tego materiału pan Frusciante spełnił się muzycznie. Najprościej określić The Empyrean jako wypadkową tego wszystkiego co do tej pory wydał solowo. Zdecydowanie John osiągnął swoje opus magnum. Połącznie tego co najlepsze, w jeden spójny, konceptualny materiał.

Gdy słucha się tych spokojnych fuzji jazzowej wręcz perkusji i przesterowanej gitary wydać się to może niewiarygodne. Aż trudno uwierzyć mi w to, iż człowiek który włożył w tę muzykę całe serce, jeszcze kilka lat temu drapał ściany i przewracał się w pogoni za kolejną dawką heroiny która nieustannie zasilała jego żyły. Można się zastanawiać skąd wzięła się moc i natchnienie nagrania takiej płyty. Teraz już wiem, że to arcydzieło mógł wydać tylko ktoś umarł i powrócił do żywych. Jedynie ktoś kto ceni życie i muzykę dużo bardziej niż większość innych ludzi. Tekstowo, dostajemy opowieść o życiu człowieka. Człowieka który upada i wstaje szukając sensu. Gdy jego życie wypala się jak pozbawiona parafiny świece, a płomień wygasa, on znajduje nową siłę. Pokonuje sam siebie. Pokonuje śmierć. A od strony muzycznej? Genialne wyczucie. Utwory budują klimat i napięcie. Od powolnych przygrywek do soczystych solówek w zgiełku instrumentów tła. Oprócz gitary elektrycznej, przyjemny bas, znakomitej i różnorodnej perkusji mamy również partie chóru oraz nadające niezwykły klimat: klawisze i partie skrzypiec. Moim absolutnym faworytem na liście utworów z tego krążka jest „Central”. Genialne wprowadzenie, napięcie jest tak zbudowane, że gdy następuje wyciszenie wokalu i w końcu wchodzi solówka, tak subtelna a zarazem tak pełna i mocna, przechodzi dreszcz i pojawia się gęsia skórka. Ta piosenka wiodąca prym, jak i cała świetna płyta potrzebują wyciszenia i uwagi. Jedyny słuszny sposób na jej wysłuchanie to wygodny fotel i szczelne otulenia się jej dźwiękami.

The Empyrean – według samego autora oznacza „najwyższą sferę w raju”. Absolutna trafność co do tytułu i poligrafii. Okładka zawiera niemal tak dużo smaczków co sama muzyka. Dzieło które można oglądać bez końca, a dzięki swojej złożoności a zarazem spójności, wciąż zachwyca. Podsumowując. Genialna płyta, świetnie wydana. Co tu dużo gadać, brawa dla tego pana.

środa, 23 grudnia 2009

Holdcut - Inept Vision(2007)


Po pierwszym wysłuchaniu tego albumu pojawiła mi się w głowie jedynie jedna myśl: „Jaką świetną muzykę tworzą na tym zachodzie”. I jakież wielkie było moje zdziwienie gdy dowiedziałem się że Inept Vision jest dziełem syna polskiej ziemi. Co ciekawe artysta kryjący się pod pseudonimem Holdcut wszystkie swoje dotychczasowe albumy wydał jedynie do Internetu. Dostępne są one do pobrania za darmo i całkowicie legalnie ze strony artysty. Tym sposobem ominięty został cały komercyjny proces dystrybucji.

Jak określić ten rodzaj muzyki? Jest to fuzja trip-hopu, instumentalnego hip-hopu, downtempo a po trosze muzyki filmowej i agresywnego ambientu. Połączanie świetnych sampli z dźwiękami sekcji dętej, różnego rodzaju bębnów i gościnnego wokalu tworzy niepowtarzalny klimat. Tutaj każdy utwór jest oddzielną, opowieścią składającą się na jedną historię. Narracje prowadzona jest tu przewrotnie. Częste zmiany tępa, i klimatu utworów nie pozwalają nam się od niej oderwać. Momentami mroczne i brudne dźwięki tworzą klimat spod znaku najlepszych dokonań Dj'a Krush'a. Muzyka całkowicie pochłania naszą uwagę, więc włączanie jej jedynie jako tła, kompletnie odpada. Przekryj od wesołych szybkich rytmów, do monumentalnych podszytych wzniosłymi smyczkami i genialnym głębokim basem. Trzeba tu również pochwalić wkład gości. Oprócz słodkich i sennych wokali pani Magdaleny Dziegiel, dostajemy również dobrze wpasowujące się w klimat wersy Pana Duże Pe. Warto również wspomnieć że materiał na ten krążek został wyselekcjonowany, jako najlepszy, z ponad 200 godzin nagrań.

Niestety jedyną częścią poligrafii jakiej możemy doświadczyć jest okładka, która według mnie nie do końca pasuje do muzyki. Powinno być to coś bardziej mrocznego, a zarazem bardziej tajemniczego. Polecam fanom takich artystów jak RJD2, DJ Shadow, Noon, DJ Cam czy wspomniany DJ Krush. Ale również i tym z otwartymi umysłami i gotowymi na nowe muzyczne doświadczenia. Polska płyta na światowym poziomie, gratulacje.

wtorek, 22 grudnia 2009

New Century Classics - Natural Process(2009)


Zanim wydali swój pierwszy materiał długogrający, zostali zauważeni w Internecie. Mimo tego że nie mają przebojowego wokalisty. Nie piszą przebojów pod stacje radiowe. To wypuścili dwie, bardzo ciepło przyjęte ep'ki. Debiut płytowy Natural Process powala na kolana wspomniane wcześniej ep'ki. Ponad to jest jednym z ciekawszych wydawnictw ostatnich miesięcy, na polskiej scenie alternatywnej.

Co ciekawe płyta nie weszła do oficjalnej sprzedaży sklepowej. Była ona częścią przedsięwzięcia przeprowadzonego przez wydawnictwo FDM (Fabryka Dźwięków z Muz). Akcja „Muzyka bez ceny” stanowiła protest przeciwko komercjalizacji przemysłu fonograficznego. W ramach jej trwania wydawcy oddali w ręce fanów, cały nakład płyt, za darmo. Ale dosyć już o sprawach pozamuzycznych, gdyż to muzyka jest tu prawdziwą perłą.

Krążek przynosi nam dwanaście instrumentalnych utworów. Świetnie rozplanowany materiał przechodzi od onirycznych pejzaży do monumentalnych uniesień muzycznych. W skład instrumentarium wchodzą: gitary elektryczne, gitara basowa, perkusja oraz fragmentarycznie skrzypce i klawisze. I choć ich styl określany jest mianem indie alternatywy, to pokuszę się o dookreślenie ich stylu jako soft/dream rock. Muzyka ta świetnie wpasowuje się w spokojny klimat. W przedstawieniu jakim jest nasze życie może zagrać drugoplanową rolę tła, ale i z powodzeniem poradzi sobie z rolą główną. Nie znudzi się nawet po wielokrotnym wysłuchaniu.

Jeżeli chodzi o wydawnictwo jako produkt który trafia w nasze ręce, jest to piękna rzecz. Poligrafia i okładka utrzymane w pastelowych kolorach jest skromnym, minimalistycznym wręcz dziełem sztuki. Oprócz debiutu polecam również zapoznanie się z wcześniejszym materiałem dostępnym na stronie grupy. Płyta dla ludzi ceniących ckliwe, miłe dla ucha utwory, a ponadto ciekawych co tam nowego dzieje się w polskiej muzyce.

Archive - Controlling Crowds - Part IV (2009)


Grupa Archive bardzo się ostatnimi czasy uaktywniła. Po trzy letnim studyjnym milczeniu powrócili dobrym wydawnictwem Controlling Crowds. Wyruszyli w tournee podczas którego prezentowali nowy materiał, z którym zawitali również do Polski. Teraz zapowiadają kolejne koncerty, tym razem również nie ominą naszej ojczyzny. Ponadto nie czekali długo z wydaniem swojego kolejnego dzieła, a zarazem dopełnienia poprzedniego, mianowicie Part IV.

Wielce dziwie się rozwiązaniu jakie wybrali artyści i powstałej przerwie czasowej. W okresie pół roku został wydany album podstawowy a chwilę po tym rozszerzona wersja tegoż wydawnictwa bogatsza o nowy krążek. Osoby które zakupiły podstawową wersję , jeszcze przed wydaniem dopełnienia, mogę czuć się w pewien sposób oszukane. Trudno powiedzieć by takim działaniem miał rządzić jakiś przemyślany artystyczny koncept, prędzej postawiłbym na czysto marketingowy zabieg.

A teraz o muzycznej stronie. Gdyby ten zestaw utworów od początku stanowił by integralną część Controlling Crowds to zaniżył by jedynie poziom całości ale byłby do zaakceptowania. Natomiast ukazując się jako oddzielny produkt przynosi jedynie rozczarowanie i niepotrzebną powtarzalność. Podczas słuchania tego materiału czułem się jakby był on tylko nieudaną próbą kontynuacji wcześniejszego, dobrego brzmienia. Te same pomysły, podobne rozwiązania. Brak jakiejkolwiek świeżości czy próby pokazania nowego oblicza. Oprócz braku muzycznej inwencji strona wokalna stoi również na dużo niższym poziomie.

Zespół nauczył się nas zaskakiwać, nie porzucając przy tym swojego wypracowanego stylu. I choć jestem niepoprawnym fanem ich genialnego debiutu, to uważam że ich wydawnictwa, aż do tego momentu oscylowały w granicy oceny: dobry. Teraz, spada nieubłaganie do stopnia dopuszczającego. Ani poligrafia, ani muzyka nie wnoszą ze sobą nic i są niepotrzebnym zawracaniem głowy. Płytę mogę polecić ostatecznie absolutnym fanom zespołu, dla których każda nuta spod znaku Archive jest święta.

Guns N' Roses - Chinese Democracy(2008)


Możecie odnieść wrażenie że na recenzje tej płyty jest już za późno, że wszystko już zostało powiedziane. Po części tak jest, ale jak tu się nie zgubić skoro połowa wychwala nową płytę Axl'a Rose'a pod nieboskłon, a druga miesza go z błotem. Niesmak we mnie budzi fakt iż wokalista posunął się do dosyć ryzykownego kroku wydania krążka pod nazwą Guns N' Roses. Nie ma co ukrywać, grupa do legend rocka przeszła niewątpliwie. Lecz wtedy był to pełen skład, a dzisiaj równie dobrze mianem G n'R możemy nazwać grupę Velvet Revolver, i wywoła to mniejsze oburzenie niż „Chinese Democracy”.

Teraz gdy emocje opadły możemy już na trzeźwo spróbować ocenić. Czy płyta jest dziełem wiekowym i opus magnum rudowłosego rockmana czy zmarnowanym czasem i pieniędzmi? Argumentów zwolenników Axla i dość pokaźnej grupy muzyków sesyjnych jest zdecydowanie więcej niż tych którzy owych skazują na wieczne potępienie. Po pierwsze wokal pana Rose. Już nie tak bardzo charakterystyczny jak za czasów „ Appetite for Destruction”, lecz nadal świeży i gotowy do wyciągania najwyższych dźwięków. I choć momentami brzmi tu jak Ozzy Osborne na swojej ostatniej solowej płycie to są przebłyski dawnego fenomenu. Kolejna sprawa to ciekawe i rozbudowane aranżacje. Słychać tu, iż utwory długo były szlifowane a ostateczny kształt przyszedł dopiero po wielu poprawkach. Oprócz ciężkich bębnów i dobrych gitarowych solówek usłyszymy również dźwięki pianina, sekcję dętą i chór. A to wszystko suto zakrapiane soczystą elektroniką. Kolejnym plusem jest zróżnicowanie emocjonalne. Obok iście rockowych gitarowych tyrad, spokojne i przyjemne dla ucha ballady. Widać że album jest od początku do końca przemyślany w najmniejszych szczegółach. I nie ma się co dziwić. W końcu powstawał 15 długich lat.

Przyszedł czas na głos sceptyków. Jednym z głównych argumentów jest przekombinowanie i przeładowanie płyty. Muzyka rockowa powinna swoją prostotą wyzwalać spontaniczną dziką energie. Tutaj, mimo że trochę tej energii znajdziemy, to jest to o wiele za mało. Według mnie płyta powinna być krótsza i prostsza. Mnogość pomysłów na minutę czasami aż boli w ucho. To tak jakby w jednym utworze zamknąć pomysły na których spokojnie zrobili byśmy 3 oddzielne kawałki. Ponadto fani nastawieni na NIE są w stanie obalić każdy, nieważne jak dobrze merytorycznie uzasadniony argument, jednym zdaniem: „To już nie to samo”.

Podsumowanie jest jedno. Nie ma tu tragedii ale do zachwytu również daleko. Gdyby płyta była by sygnowana jedynie jako Axel Rose, pewnie zebrała by lepsze recenzje, bo materiał nie jest zły. Widząc nazwę Guns N' Roses. Która jakby nie było, zobowiązuje. Nie unikniemy porównań ze wcześniejszymi dokonaniami sygnowanymi tą nazwą. A tu nie ma co porównywać bo to jak niebo do ziemi. Tylko obiektywnie wsłuchać się w muzykę i dać jej szanse, bo nie taki Axel zły jak go malują.

niedziela, 20 grudnia 2009

Salif Keita - Folon...The Past(1996)


Salif Keita miał w życiu pod górę od samego początku. Jego wielodzietna rodzina i wrodzony albinizm dawały mu kiepskie proroctwo na przyszłość. Ponadto choroba dyskryminowała go w jego własnej ojczyźnie. Mimo tego w jego muzyce nie usłyszymy utyskiwań na zły los, a piosenki nie oscylują w klimatach smutku i zadumy. Jest wręcz przeciwnie. Wesołe rytmy, chórki, mnogość instrumentów. Udało mu się wybić, i obecnie stał się ambasadorem Republiki Mali na świecie.

Polscy słuchacze mieli okazje poznać tego niesamowitego muzyka głównie dzięki obecności na pierwszej części Siesty, Marcina Kydryńskiego. Głównym czynnikiem spajającym jest charakterystyczny wokal artysty. Z wielką pasją wyśpiewuje on testy w których jego ojczysty język miesza się z francuskim. Czasami jest to czysty śpiew, innym razem gardłowe krzyki. Na albumie przeplatają się spokojne przygrywki z żywiołowymi zrywami. Oprócz typowych dla afrykańskiej muzyki wesołych bębnów usłyszymy tu spokojne rytmy trąbki, jazzujące gitary, wesołe reggae klawisze oraz dużo żeńskich chórków. Ten rodzaj muzyki możemy nazwać afro-popem, ze względu na lekki charakter muzyki i popularność jaką zyskuje na świecie. Płytę polecam szczególnie zimą. Oprócz powiewu gorącego afrykańskiego powietrza jaki wnosi ze sobą to również pozytywnie nastraja, w ponure dni.

Okładka, mimo że prosta, jest małym dziełem sztuki. Widzimy tu młodą osobą, chorą na albinizm. Tło jest całe brązowe, co daje niesamowity kontrast między kolorem skóry jaki jest a jaki być powinien. Cała poligrafia utrzymana w podobnym klimacie, a w środku objaśnienia piosenek w języku angielskim i francuskim. Wydawnictwo dla osób lubiących afrykańskie rytmy oraz dużo pozytywnej energii rodem z czarnego lądu.

Pablopavo & Ludziki - Tele-Hon(2009)


Szerokiej publiczności dał się głównie poznać jako jeden z nawijaczy warszawskiego, lecz znanego na cała Polskę zespołu, Vavamuffin. Ponadto skory do współpracy, często wchodzi w kolaboracje i gościnne występy na krążkach innych artystów. On i Dj Krzaku dają w stolicy cykliczne koncerty klubowe pod nazwą Reggae Faza, na których można zobaczyć jak świetnym freestylowcem jest Pablopavo. Teraz wydaje swoją pierwszą solową płytę, i od razu ustawia poprzeczkę bardzo wysoko.

Dla osób które znają jego twórczość jedynie ze współpracy z Vavamuffin, płyta mogła być nie lada zaskoczeniem. Zamiast wesołych i skocznych reggae rytmów dostaliśmy coś co muzycznie jest bardzo trudne do zdefiniowania. Czasami to reggae, hip-hop, czasem niemal poetycka recytacja jedynie przy subtelnych dźwiękach gitary. Na pewno może określić ten krążek mianem folku miejskiego. Pablopavo nie ukrywa skąd pochodzi, a co więcej jest dumny ze swojego miasta i to głównie Warszawie poświęca swój debiutancki materiał. Opowieści o drobnych cwaniaczkach, miłości zwykłych ludzi i ogólnie o życiu nasączone są warszawsko-praskim klimatem. Artysta prowadzi nas, jak za rękę, swoim wokalem przez ciągle zmiany stylistyczne. Po pierwszym przesłuchaniu tego materiału mamy dwa wyjścia. Może nam się nie spodobać, a płyta może przejść w niepamięć. Lub drugie wyjście które zdecydowanie bardziej polecam. Włóżmy płytę do odtwarzacza ponownie i posłuchajmy jej drugi i trzeci raz. Dopiero wtedy odkryjemy jaka jest naprawdę. Pomysłowa, ciekawa i nietuzinkowa.

Podoba mi się bardzo pomysł na okładkę. Skromne czarno białe zdjęcie, zamiast krzyczącej ferii barw. Cała poligrafia zapełniona jest od środka, podziękowaniami. Natomiast w środku znajdziemy mały plakat ze zdjęciem z okładki oraz z tekstami wszystkich piosenek. Podsumowując. Świetna, zaskakująca różnorodnością płyta. Polecam fanom zarówno reggae jak i tym lubiącym artystów z niecodzienną wizją.