
Nie tak dawno temu, bo na Opener Festiwal 08' występował w naszym kraju. Wtedy to na world stage wspólnie z Yarah Bravo prezentował wydaną rok wcześniej płytę „Sound Catcher”. Ostatnimi czasy dużo mówiło się o jego życiowych problemach i to powoli stawało się częstszym tematem rozmów niż jego muzyka. W 2009 roku, Vadim Peare postawił się wszystkim przeciwnościom losu i pokazał że to muzyka daje mu siłę. Płyta „U Cant Lurn Imaginashun” została ciepło przyjęta krytyków a gorąco przez fanów i pozwoliła na powrót do świata. Z nowym materiałem DJ Vadim wystąpił również w warszawie w Klubie Capitol. Jednak po wysłuchaniu koncertu tego, oraz zagranego dwa lata temu byłem bardzo rozczarowany widowiskiem w stolicy.
Mimo czternastostopniowego mrozu na występie stawiło się bardzo wielu fanów artysty. Informacja na bilecie informowała o tym, jakoby show miało się rozpocząć o godzinie 22.00. Niestety główną gwiazdę tego wieczoru zobaczyliśmy około 2 godziny później. Jako support wystąpił Igor Pudło. Jedna druga osławionego zarówno w kraju jak i za granicą zespołu Skalpel. Około godziny 23, po krótkiej wspomince o okolicznościach poznania obu panów ( wspólna trasa koncertowa w 2000 roku) rozpoczął się niemal godzinny, taneczny set. Wstęp w klimatach ostrej, psychodelicznej elektroniki nie wskazywał na to że tak pozytywnie uda się rozgrzać publiczność. Taneczne kawałki z ogromną przeplatanką stylową. Od miksów rodzimego Fisza, przez funkowe numery rodem z lat 70-tych do „I love Rock 'n' Roll” w wykonaniu Joan Jett & the Blackhearts. To ciekawe jak muzyk który na swoich płytach porusza się w nu jazzowych klimatach świetnie poradził sobie w drum 'n' bassowych łamańcach. Zebrani fani chwile opierali się tanecznemu klimatowi ale już po chwili dałi się porwać, i impreza rozkręciła się na dobre. Według mnie, co z przykrością stwierdzam, owy występ był najlepszą częścią tej piątkowo-sobotniej nocy.
Nie można powiedzieć że później było jedynie gorzej. Jednak DJ Vadim oraz jego nowa ekipa, nie sprostali tak wysoko postawionej poprzeczce. Przez pierwsze 20 minut, muzyk stał za konsoletą i jedynie poruszał się w rytm muzyki, sprawiając dobre wrażenie zaangażowania. Sytuacja poprawiła się nieco kiedy na scenę wkroczyli wokaliści wraz z klawiszowcem. O ile Sabira Jade i Pugs Atomz byli ubrani normalnie, o tyle klawiszowiec przypominał mi strojem bardziej księdza po cywilu, niż muzyka. Po wkroczeniu wokalnej armii, nasz DJ zszedł na dalszy plan. Pierwsze dwie piosenki miały fajną energię, jednak później robiło się coraz gorzej. Artyści wydawali się być wyraźnie znudzeni. Najlepiej na tym polu sprawdzał się Pugs Atomz który często zagajał do publiczności oraz ciągnął całe show. Raz nawet zszedł ze sceny i kontynuował śpiew przechadzając się między publicznością. Jednak muzyka nosiła raczej mało znamion występu na żywo. Gdyby nie żywy śpiew posunął bym się do stwierdzenia,że za te prawie 80 zł bardziej opłacało się zakupić kompakt i przy ciepłym kominku wysłuchać nagrań, niż jechać w takie zimno na koncert. Kontakt głównej gwiazdy wieczoru z publicznością ograniczał się do ciągłego pytania: „Are u still in da house, Warsaw?” oraz narzekania na nierozpieszczającą nas ostatnio zimę.
Koncert skończył się późną nocą i niestety pozostawił wielki niedosyt. O ile występ na Openerze był świetnym, choć również nocnym przeżyciem. To ten w Capitolu był raczej średni, za dużo większe pieniądze. W całości brakowało mi serca, zaangażowania oraz chęci. Wszystko było takie sztuczne i plastikowe, mało naturalności. Dobra mina do złej gry. Odebrałem ten show jako przykry obowiązek muzyków, którzy ze względu na zobowiązania musieli zagrać. I szkoda że po wydaniu tak miłej płyty, występ na żywo dał tak niewiele. Oczywiście najwięksi fani, zapatrzeni w pana Vadima jak w święty obraz złego słowa o nim powiedzieć nie dadzą. Jednak patrząc na to ze strony umiarkowanego entuzjasty, występ był jedynie stratą pieniędzy.



