wtorek, 16 marca 2010

Lao Che - Prąd stały / Prąd zmienny(2010)


Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, iż była to jedna z najbardziej wyczekiwanych płyt w ostatnim czasie. I nie ma co się dziwić – Lao Che już po albumie „Powstanie warszawskie” wdrapało się na szczyt góry zwanej polskim biznesem muzycznym. Kolejny sukces w postaci płyty „Gospel” utrwalił ich na osiągniętej pozycji. Obsypani nagrodami, zdobyli uznanie i sławę. „Prąd stały/Prąd zmienny” to czwarte wydawnictwo grupy. Czwarte i najbardziej zaskakujące. Ale wydaje mi się, że również za to ich pokochaliśmy, za to, że można po nich oczekiwać nieoczekiwanego.

Odczucia fanów po wydaniu płyty nie były zbyt pozytywne. Zdanie ogółu spisywało najnowsze dzieło Lao Che na wieczne zapomnienie. Ale zamiast patrzeć na ten krążek przez pryzmat ich wcześniejszych nagrań, spójrzmy na to z innej strony. Spójrzmy na świeżo i z otwartym umysłem.Dostajemy 12 niezależnych opowieści o różnorodnej tematyce, od powstania świata, przez srogą zimę, do tak wszechobecnego w naszym życiu kryzysu. Teksty niezmiennie są wielką zaletą. Przewrotne, inteligentne, ale również lekkie oraz momentami dowcipne. Od strony muzycznej to nadal gitarowe granie, tym razem jednak połączone z solidną dawką elektroniki oraz klawiszami. Płyta jako całość jest zdecydowanie bardziej mroczna niż wcześniejszy „Gospel”. Tutaj klimat od początku do końca jest ciężki, a wprowadzenie elektronicznych brzmień sprawia, że muzyka jest momentami niepokojąca i ciasna. Mimo odmiennej ekspresji wokalnej i nieporównywalnie większego wkładu żywych instrumentów, ten krążek momentami kojarzyć się może z niedawnym solowym projektem Spiętego. Tam również elektroniczne kolaże są elementem przewodnim.

„Prąd stały/prąd zmienny” jest ciekawym materiałem, który może wciągnąć nie tylko zatwardziałych fanów Lao Che. Uważam, że muzycy – choć nieco zaskoczyli – definitywnie nas nie zawiedli. Mimo że w hierarchii nagrań grupy nowy krążek postawiłbym dopiero na drugim miejscu, jestem pewien, iż ten, kto postanowi zainwestować w tę płytę, nie będzie żałował swojej decyzji.

sobota, 13 marca 2010

Spięty - Antyszanty(2009)


Wokalista Lao Che pokazał już na płytach swojej macierzystej grupy że ma nietypowe podejście do świata, który w jego oczach jest nad wyraz oryginalny. Nie będę ukrywać ,że sceptycznie podchodziłem do tej płyty. Tytuł nie nastrajał mnie pozytywnie. Z całym szacunkiem dla ludzi którzy lubią sobie podśpiewywać szanty przy ognisku, nie jest to muzyka dla mnie. Jednak Spięty lubi tego rodzaju muzykę i z jednej strony krążek staje się jakby hołdem a z drugiej, drzwiami do dalszych przemyśleń. Jeżeli chodzi o konwencje w jakiej powstał album to jego drogi zbiegają się z szantami tylko u podstaw muzycznego tła i częściowej palimpsestowości tekstów.

Płyta opiera się na inteligencji przekazu bardziej, niżeli na przebojowości. Widać że pisząc teksty artysta skupiał się na klarowności przekazu. I mimo faktu iż słowa tych piosenek są czasami zbyt dosadne to Spięty ustawił poprzeczkę percepcji na idealnym poziomie który pozwala odebrać to dzieło jako pewien myślowy koncept traktujący o życiu i nieuchronnej śmierci. Obszary opowieści momentami zahaczają o szeroko pojętą tematykę szantów, dzięki czemu autor nawiązuje bezpośrednio do tych morskich opowieści. Album od muzycznej strony, jak już wspomniałem jest dosyć prosty. Trochę akustycznych instrumentów oraz elektronika. Czasem lżejsza czasem cięższa, ale na całym albumie raczej mało skomplikowana. Bardzo ciekawe jest to że gdy pan Spięty produkuje muzykę dla Lao Che ma skłonności do upiększania jej na wszelkie możliwe sposoby, jednak gdy wydaje sam, zamyka się w niezbędnym minimum stylistycznym.

Poligraficznie płyta nie zachwyca. Fakt że również muzycznie do zachwytu daleko czyni z tego krążka kilku razowy produkt, przy którym posiedzieć można raz, można dwa razy, ale żeby wrócić do niego po jakimś czasie z własnej nieprzymuszonej woli trzeba się dobrze zastanowić.

piątek, 12 marca 2010

Sui Generis Umbra - Coma(2002)


Szukając informacji dotyczących gatunku ich muzyki można się nieźle pogubić. Z jednej strony wrzuceni do szufladki ambient, z drugiej do tej z napisem black metal. Powstaje pytanie, jak pogodzić muzykę opartą na spokojnych plamach dźwiękowych z mrocznym metalem? Ano, da się. Wystarczy że z każdego gatunku wyciągniemy pewne charakteryzujące go wytyczne a z syntezy powstanie Sui Generis Umbra.

Ambient w swoim założeniu ma być muzyką wprowadzającą w pewnego rodzaju trans, który nieświadomie, nie absorbując zbytnio naszej uwagi będzie oddziaływał na nas pozytywnie. Tak właśnie jest tu, z jedną jednak różnicą. Jest to muzyka mroczna i szaleńcza, i tu tkwi jej specyfika. Nie na każdego taki rodzaj muzyki zadziała pozytywnie. Trzeba lubić taki klimat, gdyż osoby nie przyzwyczajone mogą się nieźle zmęczyć słuchając tego materiału. Co składa się na brzmienie?. Miarowe tempo, ciężkiej, metalowej perkusji, przeplatane ciekawymi motywami bez zbędnej wirtuozerii. Smyczki, również często obecne w metalowych tyradach są tu ciekawie różnicujące. Czasem snujące się leniwie i będące jedynie spokojnym tłem bębnów, a czasem szybkie i niepokojące. Całość połatana jest elektroniką która dodaje spójności i zarazem subtelności. Ważnym, jeżeli nie najważniejszym elementem budującym muzykę Sui Generis Umbra (dawniej Umbra) jest głos inicjatorki całego przedsięwzięcia, niesamowitej ELL. Szepty, opętańcze krzyki, wysyczane frazy i złowieszczo wyśpiewywane zwrotki po angielsku i łacinie są ukoronowaniem i dopełnieniem mroku jaki niesie za sobą to wydawnictwo.

Po poligrafii nie ma co się wiele spodziewać. Raczej za bardzo nie skupiono się tu na jej oryginalności czy przekazie pozamuzycznym. Zachowuje ona jednak mroczny klimat. Płyta wydana w klasycznym digipacku w środku wypełniona dojmującą czerwienią zawiera informacje o artystach. W tym oprawa graficzna jest jedynie niewiele znaczącym dodatkiem do muzyki.

niedziela, 7 lutego 2010

Massive Attack - Heligoland(2010)


Przed wydaniem tej płyty trochę się bałem. Bałem się przerostu formy na treścią. Szum wywołany dookoła niej, ciągłe wspominki o imponującej liście gości, o tak długo wyczekiwanym powrocie mógł jedynie zaszkodzić najnowszemu wydawnictwu Massivów. Na szczęście, na przekór wszystkiemu, najnowsze dziecko kolektywu Massive Attack osiąga artystyczny poziom, o jakim inni mogą tylko marzyć, i ponownie wynosi grupę na szczyt. Tym krążkiem artyści trochę od nowa definiują i dookreślają swoje brzmienie, co wychodzi im na dobre.

Ich muzyka, mimo że stylistycznie oscyluje w okolicach granic trip-hopu, to z płyty na płytę coraz bardziej zaskakuje. Każdy krążek jest inny i równie nieprzewidywalny. Jednak za każdym razem, całość opina klamra charakterystycznego mrocznego klimatu oraz niepokoju goszczącego w każdej opowieści. I tak również dzieje się na „Heligoland”. Płyta składa się ze znanych nam już wcześniej, obecnych na EP'ce utworów przeplatanych nowymi kompozycjami. Osłuchane wcześniej utwory tworzą mocny kręgosłup całego wydawnictwa. Po pierwszym wysłuchaniu, płyta wydaje się dosyć monotonna. Może jawić się jako średniak, który na siłę próbuje przywrócić świetność grupy. Dopiero po kilkakrotnym podejściu odkrywa przed nami ogromną ilość smaczków, które od zawsze cechują twórczość tych bristolowych gigantów. Proste kompozycje i analogowe brzmienia pozwalają zatopić się w świecie świetnych wokali polanych sosem z ciepłego basu flirtującego z delikatną elektroniką. Brakuje mi tu trochę wyraźnego wkładu żywych instrumentów i agresywnego pazura, który pojawiał się już w ich twórczości. Jednak to, że płyta jest inna niż cokolwiek do tej pory, nie oznacza, że jest gorsza. W hierarchii dokonań zespołu postawiłbym ją jednak na trzecim miejscu, zaraz za debiutem „Blue Lines” i świetną „Mezzanine”. Świeże spojrzenie na temat minimalistycznych ciepłych historii opowiadanych z nieopisywanym rozplanowaniem i spójnością klimatu.

Okładka projektu Roberta Del Naji może nie do końca oddaje mrok płyty, ale jest wspaniałym dziełem sztuki, które staje się wisienką na muzycznym torcie. Płyta jest pozycją obowiązkową dla fanów zespołu. Jednak nie poleciłbym jej osobom, które nigdy wcześniej nie miały do czynienia z Massive Attack. Swoistym elementarzem ich kunsztu pozostanie ich trzeci krążek i rozpoczynający go „Angel”. Jednak „Heligoland” jest świetną kontynuacją i ukazaniem nonkonformistycznego podejścia muzyków do sztuki. W czasach, gdy masową świadomością zaczynają rządzić popowe gwiazdki, taki zespół, kroczący wyznaczoną przed laty ścieżką, przywraca wiarę w piękną i szczerą muzykę na dużą skalę.

piątek, 5 lutego 2010

Burial - Untrue(2007)


Angielski portal „Factmagazine” pod koniec ubiegłego roku opublikował swoją listę najlepszych albumów dekady. Muszę przyznać że owo zestawienie nieco mnie zaskoczyło. Tu, w pierwszej dziesiątce, obok takich artystów jak Jay-Z, M.I.A. czy Radiohead, na pierwszy miejscu pojawia się wydana w 2007 roku płyta Burial- Untrue. Zarówno rodzaj muzyki, jak i klimat czy wreszcie sam artysta są raczej niszowi. Dubstep jako gatunek muzyczny raczej stroni od pogłosu i najczęściej pozostaje w podziemiu. Jednak, może właśnie ta odmienność od kolorowych popowych przykrości jakie spotykają nas na każdym kroku pozwoliła Burialowi uzyskać takie wyróżnienie. Wiele osób, dopiero po ujawnianiu owej listy najlepszych usłyszała o tej płycie. Czy jest ona warta takich zaszczytów? Osobiście uważam że w pełnej rozciągłości. A czemu jest taka wyjątkowa?
Czasem zdarza się tak, że muzyka wykracza daleko poza swoje ramy, mimo tego że nadal jest przekazem czysto fonicznym. Niczym dobra powieść, potrafi rozkręcić maszynerie naszej wyobraźni i pełnić funkcję katalizatora pomiędzy rzeczywistością a światem budowanym w naszych umysłach. Takim dziełem jest właśnie płyta Untrue. Rytmiczne dubstepowe rytmy, przepełnione ciepłym basem, oraz przyjemnie trzeszczącymi samplami muzycznymi i wokalnymi. Ta właśnie muzyka przenosi nas w samo serce miejskiej dżungli nocą. Mroczne kompozycje budują napięcie i budzą niepokój. W żadnym wypadku nie polecam tego wydawnictwa, osobom szukającym lekkostrawnej muzyki tła. To dźwięki pełne pasji i radości tworzenia. Pikanterii dodaje fakt że artysta kryjący się pod mrocznym pseudonimem Burial (z ang. pogrzeb), w czasie wydanie płyty i długo po tym fakcie, pozostawał nieznany. Chciał by to jego muzyka była tym najważniejszym przekazem,a jego wizerunek nie burzył misternie tkanych dźwiękowych gobelinów. W dzisiejszych czasach, gdzie co drugi człowiek nie potrafiąc dać z siebie nic, pcha się przed kamery, taka sztuka została doceniona. Z jednej strony to zaskoczenie, z drugiej ulga i przeświadczenie że może nie jest jeszcze tak źle z przemysłem muzycznym.
Poligrafia świetnie oddaje mroczny klimat muzyki. Płyta jest propozycją zarówno dla wielbicieli DJ-skich dokonań downtempowej sceny jak dla tych poszukujących w muzyce pozawerbalnej głębi i klimatu który przez długie wieczory nie pozwoli oderwać się od odbiornika.

wtorek, 2 lutego 2010

Living Colour - Warszawa(Stodoła) - 28.01.2010


Już dawno nie widziałem tak małej ilości ludzi na koncercie zagranicznego zespołu. Stodoła nie jest dużym klubem. Mimo to jedynie pod sceną było ciasno. W dalszych rejonach sali publiczność była bardzo przerzedzona. Na początku myślałem że taki stan rzeczy może jakoś wpłynąć na jakość widowiska. Później jednak przekonałem się że moje obawy były bezpodstawne. Chłopaki pokazali że grają z czystej miłości do muzyki, a radość jaką im to daje nawet dla tak niedużej liczby osób, promieniuje ze sceny. Na wstępie warto również wspomnieć o strukturze wiekowej słuchaczy, która muszę przyznać trochę mnie zaskoczyła. Na widowni zebrały się głównie osoby w średnim wieku oraz nieco starsze. Z jednej strony to nic dziwnego, gdyż muzycy swoją płytową drogę zaczęli już w 1988r., a największe komercyjne sukcesy odnosili w latach 90-tych. Jednak z drugiej strony spodziewałem się zobaczyć więcej typowej młodzieży, gdyż chociażby ostatnia płyta jest świetnym kawałkiem rockowego grania, jakie jest ostatnimi czasy modne wśród młodych ludzi.
Przed koncertem dowiedziałem się, że to właśnie promocja najnowszej płyty jest celem wydarzenia. I choć uważam, że Chair In The Doorway jest świetnym kawałkiem muzyki, to bardzo liczyłem, że tego wieczoru usłyszę również starsze szlagiery. Nie przeliczyłem się. Na szczęście promowanie nowego krążka koncertowo, według panów z Living Colour zamyka się w wymieszaniu nowych utworów ze starymi w odpowiednich proporcjach. Dzięki temu zarówno starzy fani, jak i młody narybek mogli cieszyć się swoimi ulubionymi utworami. Na początek kilka starszych numerów. "Middleman" i "Which Way To America" wprowadziło odpowiedni klimat. Później popłynęło kilka utworów z nowego krążka, między innymi „Burned Bridges” , „The Chair” oraz „Decadance” którego koncertowe wykonanie zwaliło mnie z nóg. Po dawce nowych utworów przyszedł cza na starsze utwory i na genialne solowe popisy. Spokojna ballada „Flying” spowolniła trochę tempo i przyniosła najlepszą tego wieczoru, ponad dziesięciominutową, solówkę gitarową. Ogólnie to, co Vernon Reid wyprawiał na gitarze, było czymś absolutnie niesamowitym. Łączył proste skoczne riffy z wysublimowanymi solówkami i mnogością elektronicznych przesterów. Kolejnym powrotem do przeszłości była piosenka „Bi”. I w tym miejscu wydarzyło się coś, co rozgrzało publiczność do czerwoności i naznaczyło występ już do samego końca. W połowie piosenki Doug Wimbish wrzucił na swój bas elektryczny przester i zszedł ze sceny. Popowi przemieścił się na odległość kilku metrów od sceny, cały czas kontynuując grę. Pierwszą reakcją było zdziwienie, ale po chwili przerodziło się w fascynacje i każdy chciał podejść jak najbliżej, żeby móc oglądać wirtuozerskie popisy z jak najmniejszej odległości. Cała sytuacja była pewnym punktem kulminacyjnym, po którym było tylko lepiej, a napięcie nie opadło aż do końca bisu. Muzyk wrócił na scenę, a całe zajście wyraźnie rozruszało i rozochociło publiczność. Po zakończeniu „Bi” muzycy postanowili dać nam ochłonąć i zostawili nas sam na sam z perkusistą Willem Calhounem i jego solowymi wyczynami. Jego występ trwał około 20 minut i, obok świetnej gry na akustycznym zestawie, Will pokazał nam również swoje umiejętności związane z elektroniką i dał fajny pokaz wizualny (wszystkie światła zgaszone, jedynie główki pałeczek świecące w mroku sceny). Gdy solo dobiegło końca muzycy powrócili, by uraczyć nas kolejnym szlagierem z dawnych lat, mianowicie „Open Letter (To a Landlord)”. Po tym kawałku basista ogłosił jako że Corey Glover (wokal) jest ich własnym superbohaterem i zaczął grać na basie motyw z Iron mana grupy Black Sabbath (tego zdania nie bardzo rozumiem, napisz o co mi chodzi, to powiem Ci jak powinno być to napisane ;p). Publiczność podłapała i zaczęła mruczeć w takt muzyki. Było to absolutnie magiczne wydarzenie. Na koniec zagrali jeszcze parę starszych kawałków, a wisienką na torcie były „Behind the Sun „ i „Bless Those (Little Annie's Prayer) „ z najnowszej płyty. Podczas ostatnich kawałków na scenie wylądował rzucony z publiczności stanik, co niezmiernie rozbawiło wszystkich muzyków. Później oczywiście grupa wróciła na bis, kwitując swój powrót zdaniem w stylu :” Wróciliśmy, jakby nikt się tego nie spodziewał”.
Całość trwała ponad dwie godziny, a energia, jaką miała publiczność po koncercie, była na prawdę niesamowita. Warto również wspomnieć o świetnej dyspozycji zespołu. Oprócz genialnego głosu Glovera, w którym trudno się doszukiwać choćby jednego fałszu, reszta zespołu również miażdżyła wyczuciem i precyzją gry. I choć z jednej strony brzmieli dużo surowiej niż na płytach, to przeplatali to świetnie zaimprowizowanymi elektronicznymi zabawami. Uważam, że mimo wysokiej ceny biletu, aż 110zł, warto było wybrać się na kolejny koncert Living Colour. Powiem więcej, każda wydana na bilet złotówka zwróciła się w 100%. Kto nie był niech żałuje – wspomnienia do końca życia.

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

Eddie Vedder - Into the Wild(2007)


Muzyka filmowa kojarzy nam się najczęściej z dźwiękami tła. Mistrzowie gatunku potrafią rocznie wyprodukować takie tła do kilkunastu filmów. I z całym szacunkiem dla takich twórców jak na przykład Hans Zimmer, muzyka ta bardzo często powiela pewne schematy. Ciepłe smyczkowe kolaże mające na celu zapełnienie nieciekawej ciszy. Bywają oczywiście perły, ale częściej to bezwartościowe, niewiele znaczące oraz powtarzające się motywy. A muzyka filmowa, do jakiej powinniśmy zaliczyć to wydawnictwo, powinna nie tylko intrygować ale oddawać ducha obrazu do jakiego została stworzona.
O tej płycie możemy mówić jedynie w kontekście syntezy sztuk. Jest ona nieodłączną częścią filmu, a i obraz bez nie wiele by stracił. Osoby, które pokuszą się o wysłuchanie pierwszej, i jak na razie ostatniej, solowej płyty Eddiego Veddera, usłyszą jedynie minimalistyczne ballady w skąpym akompaniamencie muzycznym. Oczywiście, głos wokalisty Pearl Jam urzeka swoją barwą, ale nie znajdziemy tu głębi ogólnego przekazu. Dopiero znając całą historię przedstawioną w filmie płyta pozwala nam przeżyć swojego rodzaju duchowe katharsis. Dla tych, którzy zabiorą się za soundtrack do Into the Wild znając całość, czas spędzony przy tym krążku stanie się kontemplacją i przeżyciem wykraczającym poza czysto estetyczne obręby muzyki jako takiej. Każdy kolejny utwór wywołuje w wyobraźni fragmenty opowieści i zmusza do przemyśleń nad nami samymi. Kompozycje, które w większości napisane zostały przez samego muzyka, są utyskiwaniem na zło świata, które kryje się w ludziach. Opowiadają o przeżyciach wewnętrznych i o przemianie duchowej, jaką podczas trwania obrazu przechodzi główny bohater. Moim faworytem w tej krótkiej, lecz intensywnej muzycznej podróży jest utwór „The Wolf”. Niespełna półtora minutowa kompozycja wolna jest od tekstu. Eddie wykorzystuje tu swój głos do ciepłego krzyku, a bardziej wycia. Piosenka pojawia się w kulminacyjnym punkcie filmu, oraz całej płyty.
Okładka oraz cała poligrafia jest ściśle połączona z tą filmową. Ale akurat w tym wypadku, oprawa graficzna jest kompletnie nieważna, bo to muzyka, a przede wszystkim teksty, są meritum. Kluczem do zrozumienia naszego wnętrza i drogowskazem do lepszego życia. Wydawnictwo to polecam zarówno fanom Eddiego Veddera, jak i poszukiwaczom prawdy o ludzkim wnętrzu.