
Już dawno nie widziałem tak małej ilości ludzi na koncercie zagranicznego zespołu. Stodoła nie jest dużym klubem. Mimo to jedynie pod sceną było ciasno. W dalszych rejonach sali publiczność była bardzo przerzedzona. Na początku myślałem że taki stan rzeczy może jakoś wpłynąć na jakość widowiska. Później jednak przekonałem się że moje obawy były bezpodstawne. Chłopaki pokazali że grają z czystej miłości do muzyki, a radość jaką im to daje nawet dla tak niedużej liczby osób, promieniuje ze sceny. Na wstępie warto również wspomnieć o strukturze wiekowej słuchaczy, która muszę przyznać trochę mnie zaskoczyła. Na widowni zebrały się głównie osoby w średnim wieku oraz nieco starsze. Z jednej strony to nic dziwnego, gdyż muzycy swoją płytową drogę zaczęli już w 1988r., a największe komercyjne sukcesy odnosili w latach 90-tych. Jednak z drugiej strony spodziewałem się zobaczyć więcej typowej młodzieży, gdyż chociażby ostatnia płyta jest świetnym kawałkiem rockowego grania, jakie jest ostatnimi czasy modne wśród młodych ludzi.
Przed koncertem dowiedziałem się, że to właśnie promocja najnowszej płyty jest celem wydarzenia. I choć uważam, że Chair In The Doorway jest świetnym kawałkiem muzyki, to bardzo liczyłem, że tego wieczoru usłyszę również starsze szlagiery. Nie przeliczyłem się. Na szczęście promowanie nowego krążka koncertowo, według panów z Living Colour zamyka się w wymieszaniu nowych utworów ze starymi w odpowiednich proporcjach. Dzięki temu zarówno starzy fani, jak i młody narybek mogli cieszyć się swoimi ulubionymi utworami. Na początek kilka starszych numerów. "Middleman" i "Which Way To America" wprowadziło odpowiedni klimat. Później popłynęło kilka utworów z nowego krążka, między innymi „Burned Bridges” , „The Chair” oraz „Decadance” którego koncertowe wykonanie zwaliło mnie z nóg. Po dawce nowych utworów przyszedł cza na starsze utwory i na genialne solowe popisy. Spokojna ballada „Flying” spowolniła trochę tempo i przyniosła najlepszą tego wieczoru, ponad dziesięciominutową, solówkę gitarową. Ogólnie to, co Vernon Reid wyprawiał na gitarze, było czymś absolutnie niesamowitym. Łączył proste skoczne riffy z wysublimowanymi solówkami i mnogością elektronicznych przesterów. Kolejnym powrotem do przeszłości była piosenka „Bi”. I w tym miejscu wydarzyło się coś, co rozgrzało publiczność do czerwoności i naznaczyło występ już do samego końca. W połowie piosenki Doug Wimbish wrzucił na swój bas elektryczny przester i zszedł ze sceny. Popowi przemieścił się na odległość kilku metrów od sceny, cały czas kontynuując grę. Pierwszą reakcją było zdziwienie, ale po chwili przerodziło się w fascynacje i każdy chciał podejść jak najbliżej, żeby móc oglądać wirtuozerskie popisy z jak najmniejszej odległości. Cała sytuacja była pewnym punktem kulminacyjnym, po którym było tylko lepiej, a napięcie nie opadło aż do końca bisu. Muzyk wrócił na scenę, a całe zajście wyraźnie rozruszało i rozochociło publiczność. Po zakończeniu „Bi” muzycy postanowili dać nam ochłonąć i zostawili nas sam na sam z perkusistą Willem Calhounem i jego solowymi wyczynami. Jego występ trwał około 20 minut i, obok świetnej gry na akustycznym zestawie, Will pokazał nam również swoje umiejętności związane z elektroniką i dał fajny pokaz wizualny (wszystkie światła zgaszone, jedynie główki pałeczek świecące w mroku sceny). Gdy solo dobiegło końca muzycy powrócili, by uraczyć nas kolejnym szlagierem z dawnych lat, mianowicie „Open Letter (To a Landlord)”. Po tym kawałku basista ogłosił jako że Corey Glover (wokal) jest ich własnym superbohaterem i zaczął grać na basie motyw z Iron mana grupy Black Sabbath (tego zdania nie bardzo rozumiem, napisz o co mi chodzi, to powiem Ci jak powinno być to napisane ;p). Publiczność podłapała i zaczęła mruczeć w takt muzyki. Było to absolutnie magiczne wydarzenie. Na koniec zagrali jeszcze parę starszych kawałków, a wisienką na torcie były „Behind the Sun „ i „Bless Those (Little Annie's Prayer) „ z najnowszej płyty. Podczas ostatnich kawałków na scenie wylądował rzucony z publiczności stanik, co niezmiernie rozbawiło wszystkich muzyków. Później oczywiście grupa wróciła na bis, kwitując swój powrót zdaniem w stylu :” Wróciliśmy, jakby nikt się tego nie spodziewał”.
Całość trwała ponad dwie godziny, a energia, jaką miała publiczność po koncercie, była na prawdę niesamowita. Warto również wspomnieć o świetnej dyspozycji zespołu. Oprócz genialnego głosu Glovera, w którym trudno się doszukiwać choćby jednego fałszu, reszta zespołu również miażdżyła wyczuciem i precyzją gry. I choć z jednej strony brzmieli dużo surowiej niż na płytach, to przeplatali to świetnie zaimprowizowanymi elektronicznymi zabawami. Uważam, że mimo wysokiej ceny biletu, aż 110zł, warto było wybrać się na kolejny koncert Living Colour. Powiem więcej, każda wydana na bilet złotówka zwróciła się w 100%. Kto nie był niech żałuje – wspomnienia do końca życia.

achhh żałuję, że mnie tam nie było. Favourite colour is living.
OdpowiedzUsuń