Wokalista Lao Che pokazał już na płytach swojej macierzystej grupy że ma nietypowe podejście do świata, który w jego oczach jest nad wyraz oryginalny. Nie będę ukrywać ,że sceptycznie podchodziłem do tej płyty. Tytuł nie nastrajał mnie pozytywnie. Z całym szacunkiem dla ludzi którzy lubią sobie podśpiewywać szanty przy ognisku, nie jest to muzyka dla mnie. Jednak Spięty lubi tego rodzaju muzykę i z jednej strony krążek staje się jakby hołdem a z drugiej, drzwiami do dalszych przemyśleń. Jeżeli chodzi o konwencje w jakiej powstał album to jego drogi zbiegają się z szantami tylko u podstaw muzycznego tła i częściowej palimpsestowości tekstów.
Płyta opiera się na inteligencji przekazu bardziej, niżeli na przebojowości. Widać że pisząc teksty artysta skupiał się na klarowności przekazu. I mimo faktu iż słowa tych piosenek są czasami zbyt dosadne to Spięty ustawił poprzeczkę percepcji na idealnym poziomie który pozwala odebrać to dzieło jako pewien myślowy koncept traktujący o życiu i nieuchronnej śmierci. Obszary opowieści momentami zahaczają o szeroko pojętą tematykę szantów, dzięki czemu autor nawiązuje bezpośrednio do tych morskich opowieści. Album od muzycznej strony, jak już wspomniałem jest dosyć prosty. Trochę akustycznych instrumentów oraz elektronika. Czasem lżejsza czasem cięższa, ale na całym albumie raczej mało skomplikowana. Bardzo ciekawe jest to że gdy pan Spięty produkuje muzykę dla Lao Che ma skłonności do upiększania jej na wszelkie możliwe sposoby, jednak gdy wydaje sam, zamyka się w niezbędnym minimum stylistycznym.
Poligraficznie płyta nie zachwyca. Fakt że również muzycznie do zachwytu daleko czyni z tego krążka kilku razowy produkt, przy którym posiedzieć można raz, można dwa razy, ale żeby wrócić do niego po jakimś czasie z własnej nieprzymuszonej woli trzeba się dobrze zastanowić.

CHyba nie jest aż tak źle. Spięty daje radę.
OdpowiedzUsuń