Muzyka filmowa kojarzy nam się najczęściej z dźwiękami tła. Mistrzowie gatunku potrafią rocznie wyprodukować takie tła do kilkunastu filmów. I z całym szacunkiem dla takich twórców jak na przykład Hans Zimmer, muzyka ta bardzo często powiela pewne schematy. Ciepłe smyczkowe kolaże mające na celu zapełnienie nieciekawej ciszy. Bywają oczywiście perły, ale częściej to bezwartościowe, niewiele znaczące oraz powtarzające się motywy. A muzyka filmowa, do jakiej powinniśmy zaliczyć to wydawnictwo, powinna nie tylko intrygować ale oddawać ducha obrazu do jakiego została stworzona.
O tej płycie możemy mówić jedynie w kontekście syntezy sztuk. Jest ona nieodłączną częścią filmu, a i obraz bez nie wiele by stracił. Osoby, które pokuszą się o wysłuchanie pierwszej, i jak na razie ostatniej, solowej płyty Eddiego Veddera, usłyszą jedynie minimalistyczne ballady w skąpym akompaniamencie muzycznym. Oczywiście, głos wokalisty Pearl Jam urzeka swoją barwą, ale nie znajdziemy tu głębi ogólnego przekazu. Dopiero znając całą historię przedstawioną w filmie płyta pozwala nam przeżyć swojego rodzaju duchowe katharsis. Dla tych, którzy zabiorą się za soundtrack do Into the Wild znając całość, czas spędzony przy tym krążku stanie się kontemplacją i przeżyciem wykraczającym poza czysto estetyczne obręby muzyki jako takiej. Każdy kolejny utwór wywołuje w wyobraźni fragmenty opowieści i zmusza do przemyśleń nad nami samymi. Kompozycje, które w większości napisane zostały przez samego muzyka, są utyskiwaniem na zło świata, które kryje się w ludziach. Opowiadają o przeżyciach wewnętrznych i o przemianie duchowej, jaką podczas trwania obrazu przechodzi główny bohater. Moim faworytem w tej krótkiej, lecz intensywnej muzycznej podróży jest utwór „The Wolf”. Niespełna półtora minutowa kompozycja wolna jest od tekstu. Eddie wykorzystuje tu swój głos do ciepłego krzyku, a bardziej wycia. Piosenka pojawia się w kulminacyjnym punkcie filmu, oraz całej płyty.
Okładka oraz cała poligrafia jest ściśle połączona z tą filmową. Ale akurat w tym wypadku, oprawa graficzna jest kompletnie nieważna, bo to muzyka, a przede wszystkim teksty, są meritum. Kluczem do zrozumienia naszego wnętrza i drogowskazem do lepszego życia. Wydawnictwo to polecam zarówno fanom Eddiego Veddera, jak i poszukiwaczom prawdy o ludzkim wnętrzu.

Widziałem ten film... moim zdaniem jest przetragicznie pusty, małostkowy i fatalny. Nie przekazuje żadnych treści. Tylko dzieci neo mogą go podziwiać.
OdpowiedzUsuńFilm dla emo, rozpieszczonych bachorów i niewyżytych onanistów!
OdpowiedzUsuńPoczątkowo wolny główny bohater, zwykły facecio sam więzi się wokół swoich aspołecznych ambicji i egoistycznych marzeń. Pali pieniądze po to żeby potem pracować w burger kingu! Czy to nie żałosne?
Rani uczucia bliskich sobie ludzi - mega, mega strasznie samolubnie żałosne! Chris widzi problem we wszyskich tylko nie w sobie!
Film ma moc ukazywania emocji w ludziach z problemami osobowymi, albo na nastolatki z zachwianiami, a pseudomądrofilozoficzne wymociny Chrisa są na poziome żałosnego gimnazjalisty! Filzofi mądrej to ten film ma może z 30 minut na całe 2 godziny trwania? Jezu... Sean Penn dał takiego ciała...
Jedyne co mnie pociesza, rajcuje emowców i wielu zapewne doprowadza do orgazmu? Fakt zwierzęcej śmierci Chrisa, który pod koniec swojej żałosnej egzystencji uświadamia sobie, że przegrał swoje życie. Okropieństwo.
Co do muzyki... Eddie Vedder bez głębi swojego głosu? Jezu człowieku... przesłuchaj jeszcze raz... albo nie wiem...
Mówiąc o głębi miałem na myśli brak głębi przekazu ścieżki dźwiękowej bez obejrzenia filmu. Każdy ma swoje zdanie, ja uważam że film jest bardzo dobry a za rozchwianego gimnazjalistę się nie uważam. Polecam kilkukrotne przyjrzenie się życiu Alex'a zanim zaczniecie rzucać określeniami Emo.
OdpowiedzUsuńP.S.
Na końcu kochani on zrozumiał że wygrał, a przegrywacie wy mylnie to interpretując.
"Dokonałem tego w najgorszej kondycji w życiu" ---> oto zdanie klucz