
The Knife, to grupa, która, paradoksalnie, stroniąc od mediów i występów publicznych, uzyskała rozgłos. Muzykę, jaką do tej pory tworzyło rodzeństwo ze Szwecji, Karin Dreijer Andersson i Olof Dreijer, określano mianem synth popu. Jednak ostatnio zaczęli uciekać od prostoty popu. Pierwsza nową drogę obrała Karin, powołując do życia projekt Fever Ray. Teraz obydwoje odmieniają oblicze swojej macierzystej grupy, a droga jaką wybierają jest kręta. Teraz to już nie melodyjne syntezatorowe przygrywki z pięknym żeńskim wokalem. Na czwartym studyjnym albumie The Knife dostajemy kawał porządnej, surowej elektroniki.
Album powstał jako niejako ścieżka dźwiękowa do elektronicznej opery, którą przygotowała trupa teatralna Hotel Pro Forma. Całość oparta na naukowej pracy Charlsa Darwina "O powstaniu gatunków", powstała nie tylko za sprawą The Knife ale i np.: mezzosopranistki Kristin Wahlin Momme, Planningtorock, czy Jonathan Johansson. Jednak pieczę nad kształtem sprawowało rodzeństwo Dreijer.
Na początku lojalnie uprzedzam. Nie jest to album pod żadnym względem relaksacyjny. Wymaga od słuchacza zaangażowania i skupienia. W przeciwnym razie dźwięki te mogą doprowadzić do szału. Tym razem muzycy zapuścili się w rejony wcześniej sobie nieznane. Trudno powiedzieć, czy owa wycieczka przyniesie im więcej dobrego, czy więcej złego. To wydawnictwo należy raczej traktować jako pewien oddech od tego co regularnie tworzą. Jako pewnego rodzaju przygodę zamykającą się w ramach tych dwóch srebrnych krążków. Muzyka zawarta na "Tomorrow, In A Year", choć ciężka w definicji, będzie obijać się o ramy: ambient, awangarda, experimental i przestrzenna elektronika. Jednak zamiast gatunków, można określić tą płytę mianem abstrakcyjnego zderzenia opery, z elektroniczną podróżą kosmiczną.
Album pełen jest szeptów ukrytych za mgłą delikatnych sprzężeń. Ze spokoju przypominającego sen, z muzyki ciszy wyłaniają się monumentalne partie operowe. Ogólnie momentami kluczowymi w całości dzieła są wokale. Zarówno te normalne, jak i operowe. To dookoła nich najczęściej kumulują się dźwięki, a muzyka wzbiera. Przestrzeń instrumentalną wypełniają na przemian ciche i delikatnie elektroniczne plamy oraz ostre jazgoty czasem doprowadzające do granicy wytrzymałości słuchacza. Osoby, które nie przepadają za elektronicznymi eksperymentami, czy operowym śpiewem, powinny od razu zrezygnować z tego krążka.
Jednak, mimo że płyta nie wskoczy na pierwsze miejsca list sprzedaży, to warto zapoznać się z tym materiałem. Materiałem, który jest świadectwem kreatywności i pomysłowości. Który jest świadectwem tego, że są ludzie, którzy zamiast po raz tysięczny kopiując pewien schemat, potrafią podążyć inną drogą, nie bojąc się konsekwencji. Tym albumem grupa robi duży krok w przód i to się bardzo chwali.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz