niedziela, 4 kwietnia 2010

Jimi Hendrix - Valleys Of Neptune(2010)


Jimi Hendrix – artysta absolutny. Człowiek, którego nazwisko obok Jima Morrisona czy Elvisa Presleya jest wyryte zarówno na kartach historii muzyki, jak i historii świata. Jimi Hendrix powraca. Ale czy najnowsze wydawnictwo- „Valleys Of Neptune” to faktycznie, wartościowy kawałek muzyki? Czy jedynie zręczny zabieg marketingowy, który ma podtrzymać nurt rzeki profitów, jaka płynie ze sprzedaży materiałów po muzyku?

Informacja, która została podana do wiadomości publicznej, jakoby nowa płyta to materiał „nigdy wcześniej niepublikowany” była nie do końca prawdą. Owszem materiał dopiero teraz uzyskał autoryzację rodziny Hendrixa, jednak wcześniej fani mogli go poznać dzięki nagraniom nielegalnym tzw bootlegom .W prawdzie były to nielegalnie nagrywane i rozpowszechniane koncerty, jednak fakt pozostaje taki, że piosenki były znane już wcześniej. Oczywiście, ludzie napędzani marketingową propagandą, chętnie i tłumnie wybiorą się do sklepów i zakupią płytę za - powiedzmy sobie szczerze- niemałe pieniądze. Nieświadomi, a więc także bardzo szczęśliwi i podekscytowani odpalą cyfrowo wyszlifowane utwory, usiądą w fotelu delektować się będą muzyką. Ale jak tu się nie delektować? W końcu to: „nigdy wcześniej nie ujawnione” , „premierowe” dzieło, które wyszło spod ręki nie byle kogo- króla królów muzyki gitarowej, szamana i arcymaga rock'n'rolla, wielkiego Hendrixa! I tak oto ludzie dają się złowić w sidła pułapki jaką zastawiły na nich mądre głowy dużego koncernu wydawniczego.

Kolejna sprawa, to wspomniane wcześniej cyfrowe obrabianie nagrań. „Valleys Of Neptune” od początku do końca zostało wyczyszczone. Teraz, nie tylko pod względem świetności muzyki, ale i poziomu masteringu płyta brzmi , jakby została nagrana cztery, a nie czterdzieści lat temu. Jednak, czy działa to na korzyść? Zdecydowanie nie! Sądzę, że wielu zgodzi się ze mną, że owe winylowe „zabrudzenia” i częste niedoskonałości uwydatniają hendrixowskiego ducha, w każdej minucie nagrań. Cóż, mimo że muzyka wciąż genialna, czar gdzieś pryska i po trosze ulatnia się wraz z możliwościami nowej technologii produkcyjnej.

Wciąż o wadach, ale te przecież nie mogą przyćmić blasku geniuszu króla. Utwory nagrane po sesji do „ Electic Ladyland” są esencją tego, co w muzyce Jimiego jest najlepsze. Kunsztu, luzu wykonawczego oraz ogromnego wyczucia jakie prezentował wraz z zespołem. Jest to 12 wspaniałych blues, a czasem jazz rockowych kompozycji, w których Hendrix spełnia się zarówno instrumentalnie jak i wokalnie. W prawdzie nie znajdziemy tu hitów na miarę „Purple Haze” , czy nawet „Machine Gun”, to trzeba przyznać, że jest to kawał dobrego oldschoolowego rocka. O tym, że materiał nie jest tak dobry jak poprzedzające go albumy świadczy również to, że sam mistrz nie uznał go , za życia, za godnego ujrzenia światła dziennego. I płyta zamiast ukazać się w połowie XX wieku, wychodzi na początku wieku XXI.

Podsumowując. Wystarczy raz przesłuchać, by pokochać te pełne radości piosenki. Natomiast fakt, że krążek jest jedynie kolejnym skokiem na kasę, nie powinien zaćmić nam wizji, tego pięknego muzycznego przekazu prosto z serca, którym warto się cieszyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz