Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, iż była to jedna z najbardziej wyczekiwanych płyt w ostatnim czasie. I nie ma co się dziwić – Lao Che już po albumie „Powstanie warszawskie” wdrapało się na szczyt góry zwanej polskim biznesem muzycznym. Kolejny sukces w postaci płyty „Gospel” utrwalił ich na osiągniętej pozycji. Obsypani nagrodami, zdobyli uznanie i sławę. „Prąd stały/Prąd zmienny” to czwarte wydawnictwo grupy. Czwarte i najbardziej zaskakujące. Ale wydaje mi się, że również za to ich pokochaliśmy, za to, że można po nich oczekiwać nieoczekiwanego.
Odczucia fanów po wydaniu płyty nie były zbyt pozytywne. Zdanie ogółu spisywało najnowsze dzieło Lao Che na wieczne zapomnienie. Ale zamiast patrzeć na ten krążek przez pryzmat ich wcześniejszych nagrań, spójrzmy na to z innej strony. Spójrzmy na świeżo i z otwartym umysłem.Dostajemy 12 niezależnych opowieści o różnorodnej tematyce, od powstania świata, przez srogą zimę, do tak wszechobecnego w naszym życiu kryzysu. Teksty niezmiennie są wielką zaletą. Przewrotne, inteligentne, ale również lekkie oraz momentami dowcipne. Od strony muzycznej to nadal gitarowe granie, tym razem jednak połączone z solidną dawką elektroniki oraz klawiszami. Płyta jako całość jest zdecydowanie bardziej mroczna niż wcześniejszy „Gospel”. Tutaj klimat od początku do końca jest ciężki, a wprowadzenie elektronicznych brzmień sprawia, że muzyka jest momentami niepokojąca i ciasna. Mimo odmiennej ekspresji wokalnej i nieporównywalnie większego wkładu żywych instrumentów, ten krążek momentami kojarzyć się może z niedawnym solowym projektem Spiętego. Tam również elektroniczne kolaże są elementem przewodnim.
„Prąd stały/prąd zmienny” jest ciekawym materiałem, który może wciągnąć nie tylko zatwardziałych fanów Lao Che. Uważam, że muzycy – choć nieco zaskoczyli – definitywnie nas nie zawiedli. Mimo że w hierarchii nagrań grupy nowy krążek postawiłbym dopiero na drugim miejscu, jestem pewien, iż ten, kto postanowi zainwestować w tę płytę, nie będzie żałował swojej decyzji.

Na razie zakup odłożyłem. Ale kupię, kupię...
OdpowiedzUsuń