W filmie przeważają sceny, które, ukazują Daniela jako wokalistę i instrumentalistę, lecz zobaczymy również takie, w których kunszt producencki bierze górę (sceny z Sinéad O'Connor czy U2). Tego zaś wieczoru, dał nam się poznać przede wszystkim jako świetny wokalistka i instrumentalista
Na koncert przeznaczonych zostało 500 biletów, wszystkie na miejsca siedzące. Niestety, duża grupa ludzi stała obok wejścia i to co najbardziej prawdopodobne, przez ludzką głupotę, a nie złą organizację. Ludzie chcąc siedzieć obok siebie zostawiali po jednym, dwóch miejscach gdzieś w środku rzędu a inni nie chcieli się tam przepychać. Ale co zrobić.
Czekaliśmy na rozpoczęcie kilkanaście minut, wkradało się zniecierpliwienie, gdyż wejście opóźniało się już o około 40 minut od planowego.
W końcu zaczęło się. Oklaski, weszli artyści. Pierwsze dźwięki, świetne nagłośnienie. Trzeba przyznać, że sala Łódzkiego klubu Wytwórnia, choć dosyć duża, to wykazuje się dobrą akustyką. Perkusja, bas oraz mistrz ceremonii gitara elektryczna. Zaczęli od gry, słowa powitania, jakiekolwiek słowa padły później. Pierwsze dwa kawałki, spokojne, kojące, były jak wprowadzenie do tego, co miało nastąpić za chwile. Po drugiej piosence na scenę wdrapała się raczej szczupła i niepozorna blondynka, wyraźnie onieśmielona nie patrzyła w stronę publiczności. Pierwsza moją myślą było to, iż na pewno jest to pani z nagłośnienia i że idzie poprawić coś na scenie. Ta zaś zatrzymała się przy mikrofonie i wydobyła pierwsze dźwięki. Głos ciepły, głęboki, głośny i pewny. Ani chwili zająknienia niepewności, jakby od początku czekała na chwile by wejść w muzykę. W prawdzie zdawałem sobie sprawę, iż Daniel grać będzie z muzykami ze swojego najnowszego projektu Black Dub , w czym również z wokalistką, ale pojęcia nie miałem, że będzie to dama, tak skromna w swoim talencie. Zespół płynął przez kolejne utwory. Wraz z wejściem wokalu muzyka zrobiła się bardziej drapieżna, zaczepna. I tym razem nie obyło się bez problemów technicznych, fakt niewielkich, ale zawsze. W gitarze, na której dzielnie malowniczymi solówkami Lanois doprowadzał publiczność w stany bliskie ekstazie, pękła struna. Reakcja była natychmiastowa, ktoś z obsługi przyniósł drugą gitarę, a popsutą zabrał. Kolejny kawałek został zadedykowany partnerce, a szerzej, osobą, z którymi zdarza się śpiewać w duecie. Piękny kawałek na dwa głosy. Ani się nie obejrzeliśmy a druga, wcześniej ‘popsuta’ gitara wróciła na scenę. Tym razem nie do rąk Daniela, a wokalistki Trixie Whitley . Tym razem 3 gitary cieszyły nasze uszy. W prawdzie pani Whitley łapała na swojej gitarze jedynie progi, ale i tak zrobiła bardzo przyjemne tło dla utworu. W około połowie koncertu pan Lanois powiedział, że teraz zagra na swoim ulubionym instrumencie, mianowicie Pedal Steel Guitar. Na scenie pozostał jedynie on i Brian Blade na perkusji. To była świetna możliwość improwizacji. Ciągnący się ładnych parę minut utwór wprowadzał w trans. Trzeba tu pochwalić perkusistę, który rozumiał dźwięki wyjątkowo dobrze i bez problemu zgrywał się z dźwiękami gitary używając przy tym wszystkich znanych rodzajów pałeczek, poczynając od miotełek, a na własnych dłoniach kończąc. Bębny były idealnym tłem dla pierwszoplanowych dźwięków gitary. Po tej wspaniałej, a momentami onirycznej improwizacji wokalista pozostał na scenie jedynie z perkusistą i zagrał spokojny kawałek. Dało to równowagę, która była potrzebna po długim instrumentalu.
Po kolejnym samotnym kawałku na scenę wrócili wokalistka i basista, tyle, że tym razem Trixie stanęła za klawiszami. Pod koniec koncertu perkusista próbował wykonać podrzut pałeczki, lub zwyczajnie pałeczka mu wypadła i jej nie złapał, lecz zamiast panicznie szukać kolejnej pałki ten z uśmiechem na ustach grał jedną pałeczką i dłonią. Każdemu życzę takiego zadowolenia z zajęcia, jakie wykonuje, gdyż perkusista non stop uśmiechnięty emanował uczuciem spełnienia artystycznego i było to widać w jego genialnej grze tego wieczoru.
W mojej ocenie, to zespół trochę przyćmił pana Lanois, choć i on sam trochę ustępował pola. Na koniec długie owacje na stojąco, doprawdy magiczny, muzyczny wieczór. Po zejściu ze sceny wrócił na nią jedynie wokalista by zagrać jeszcze dwa bisowe numery na gitarę i głos, piękne zakończenie. Z klubu wychodzili ludzie z uśmiechami na twarzach, zazwyczaj mówiący z podnieceniem i gestykulujący rękoma, a było o czym mówić, bo koncert był naprawdę wydarzeniem światowej rangi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz