Porównania nie są dobre, przynajmniej jeśli chodzi o koncerty. Wiadomo zespół może mieć gorszy dzień, spadek formy, czy tym podobne. Ale jeżeli już dojdzie do takiego porównania i jeśli zespół jest z Polski to koniecznie musimy zestawić ze sobą występ ze stolicy, mianowicie 9 listopada 2008 klub Palladium, z występem danym w rodzinnym mieście , w klubie Dekompresja 12 grudnia również 08 roku. Generalnie w porównaniu zdecydowanie wygrywa Łódź, czyli rodzinne miasto chłopaków z Comy a składa się na to wiele czynników. Na pierwszym miejscu msze postawić magie miejsca. Może i klub Dekompresja to nie najlepszy obiekt do organizacji koncertów ,gdyż miejsce samo w sobie pomimo że ma scenę to nie jest przygotowane do przyjmowania tak dużej liczby osób, ale trzeba przyznać że swój klimat ma. W powietrzu było czuć że zespół przyjechał zagrać w domu. Druga sprawa która działa zdecydowanie na korzyść Łódzkiego widowiska to czas w jakim miał miejsce. Gdy zespół grał w warszawie nowa płyta miała dopiero trafić na sklepowe półki, na tym koncercie usłyszeliśmy wiele premierowych kawałków co nie dało publiczności możliwości popisów wokalnych i tym samym utrudniało kontakt pana Roguckiego z audytem. Natomiast jeżeli chodzi o to co się działo w Łodzi to już zupełnie inna para kloszy. Na koncert zawitali prawdziwi fani zespołu. Każdy tekst, każdą zwrotkę publiczność śpiewa tak głośno i wyraźnie że aż podnosiło to na duchu. W powietrzu czuło się moc, całość można opisać jako pewne napięcie które się zbierało przez jakiś czas a tego wieczoru wybuchło pozytywną energią. Kolejną sprawą jest na pewno atut miasta. W swoim rodzinny mieście muzykom towarzyszyły zupełnie inne emocje. Zarówno na twarzy Piotrka Roguckiego jak i reszty muzyków było widać radość że znów mogą zagrać u siebie. Przejawiało się to zarówno w obszernej konferansjerce, głosie ale również w ruchu scenicznym, oraz wspaniałej pracy z publicznością. Mówiąc o pracy mam na myśli przeróżne okrzyki które za wokalistą powtarzał tłum, co zdecydowanie rozgrzewało go do czerwoności i w momencie gdy znów wkraczało mocne granie ludzie skakali i krzyczeli. Usłyszeliśmy wiele kawałków z nowego albumu jak i stare dobre kawałki zarówno z pierwszej jak drugiej płyty. Koncert był wspaniały i magiczny a trwał ponad dwie godziny. Oczywiście nie wszyscy na koncert się doczekali. Bo wiemy że jest kilka rodzaj fanów muzyki. Pierwszy rodzaj, właśnie ten który nie dotrwał do koncertu to fan przychodzący odpowiednio wcześnie zaprawiający się alkoholem i później niemogący wstać z miejsca. Są jeszcze fani którzy na koncercie potrafią odwróceni do sceny plecami śpiewać piosenki słowo w słowo z wokalistą. Są jeszcze tacy którzy po prostu kochają muzykę dobrą muzykę na żywo i stoją grzecznie delektując się muzyką. Ci najczęściej ustawiają się po bokach Sali. No i ostatnia najbardziej liczna grupa czyli fani aktywnie uczestniczący w koncercie, skaczący śpiewający i bawiący się jak na prawdziwych koncertowiczów przystało. Więc podsumowując całość koncertu i zamykając podsumowanie. Koncert w Łodzi był o niebo lepszy niż ten w Warszawie, przy czym ten w stolicy nie był zły, bo to właśnie jest atutem tego zespołu. Coma nie daje złych koncertów, bo zawsze potrafi wykrzesać z ludzi moc i daje im ten mistycyzm, tą magie przesłania i to właśnie jest najpiękniejsze w występach na żywo tej Łódzkiej formacji.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

smok! kurwa smok! on mnie razi po oczach!
OdpowiedzUsuńokropnie dużo powtórzeń, błędy ortograficzne. Panu dziękujemy.
OdpowiedzUsuń