3 urodziny radia Kampus. Kolorofon, Afro Kolektyw, Cool Kids of Death i Gwóźdź programu warszawska grupa reggae Vavamuffin. Początek imprezy: godzina 19. Niestety jak to zazwyczaj bywa o 19 zaczęła się dopiero ustawiać kolejka do wejścia. A ta, była naprawdę zastraszających rozmiarów. Może z PRL’owskimi gigantami nie miała by szans, ale i tak stojąc na jej końcu nie widać było celu wyprawy. Kolorofon, grupa bez dorobku płytowego i z małym stażem i choć publiki nie zabrakło na Sali nie można powiedzieć żeby frekwencja na ich występie była duża. Opis należy zacząć od drugiego zespołu. Afro Kolektyw który grał na koncercie swoje najnowsze kawałki był dwojaki. Z jednej strony widać było radość gry, jaką czerpią muzycy. Natomiast z drugiej strony uderzało znudzenie artysty dzierżącego na scenie mikrofon. Zachwytu jakiego kol wiek niestety brak. Jak i większego zaangażowania. No nic, wszyscy miewają gorsze dni. Kolejnym zespołem który zagrał tego jakże ciepłego październikowego wieczoru był legendarny polski zespół Rockowy, Cool Kids Of Death. Na korytarzu, początek ich koncertu objawił się początkowymi pustkami i zwolnieniem części schodków przez wcześniej tam wytrwale zasiadających. Niestety ich występu również nie zaliczył bym do udanych. Jeśli czasem nie słyszymy słów jakie śpiewa wokalista, to błąd jest do wybaczenia, bo zdarza się nawet najlepszym. Ale w momencie kiedy słowa płyną za głośno a bełkot aż kuje w uszy to przestaje się robić ciekawie. Nagłośnienie był przesadzone, tak jak gdyby chciano pokazać jak to bardzo CKOD są rockowi. Jeśli miałbym znaleźć jeden pozytywny aspekt tego występu to zdecydowanie były by to gitary. Muzyka, nawet za głośna broniła się i trzeba im to przyznać brzmiała. Później na nieklimatyzowanej Sali w klubie Palladium przy ulicy Złotej nastąpiło wielkie poruszenie. Zaczęła się migracja ludów. Nie całkowitą, lecz tylko częściową. Dało zauważyć się więcej dredów, jak i więcej restafari beretów. Ale w końcu reggae to reggae. Ostatnia fala ludzi wpełzła na Sale opustoszając tym samym korytarz. W między czasie jakiś konkurs który nie przymierzając miał taki sam sens jak zakładanie wełnianych rękawiczek w czerwcu i stało się. Gwóźdź programu. Vavamuffin. Weszli mocnym uderzeniem. Na początek zagrali kilka swoich hitów typy Hooliganz Rootz czy Orient. Na początku jechali głownie z pierwszej płyty, co zdecydowanie podobało się wszystkim najbardziej jako że to ich pierwsza płyta była ta bardziej znaną. W drugiej części koncertu dopiero ukazał się prawdziwy klimat gatunku. Muzyka zwolniła, weszły kawałki z drugiego albumu: „Inadibusu” . W powietrzu czuć było w przeważającej mierze zapach marihuany oraz domieszkę potu. Stojąc niewinnie i zwyczajnie oddychając można było poczuć się weselej. Chłopaki, koncert zakończyli piosenką z singla który promuje 3, nadchodzącą płytę grupy, mianowicie „ Radio Vavamuffin”. Na Sali zrobiło się luźniej. Wielu ludzi już wyszło wcześniej. Późna pora oraz środek tygodnia z pewnością nie sprzyjały dłuższemu pozostaniu na imprezie. Po tym jak Ci trzej nawijacze zeszli ze sceny razem ze swoim zespołem, na estradę weszli znani przyjaciele grupy z Jamajki którzy dalej podtrzymywali klimat reggae. I choć całe wydarzenie możemy określić mianem średniego, bo pomimo tego że inne grupy zagrały nie najlepiej to vavamuffin dał również średni koncert, warto było przyjść zapłacić te niecałe dziesięć złotych i uczcić już 3 urodziny studenckiego radia które w eterze rządzi alternatywą.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz